Długie wywody Marcina Brysa mają na celu przekonanie lewicowców, że pracownicy sektora produkcji materialnej nie powinni prowadzić walki o swoją emancypację. Jest to pewnym sensie wyważanie otwartych drzwi, ponieważ nowoczesna lewica już dłuższy czas temu doszła do tego przekonania. Jest to wspólne przekonanie (post)stalinizmu i socjaldemokracji. To tłumaczy dlaczego spiskowe, moczarowskie z gruntu wywody Brysa są przyjmowane na lewicy bez specjalnego oporu, choć i bez entuzjazmu. Ta lewica spotyka się z Brysem na gruncie wrogości do klasy robotniczej, zaś nieco oddala na gruncie prawicowego nacjonalizmu, czytaj: „faszyzmu”. Najmłodsze pokolenie lewicy jest szczególnie podatne na uroki spiskowych teorii oraz nacjonalizmu przemycanego pod płaszczykiem prawicowego populizmu. Tutaj więc Brys węszy swoją szansę.

Zasadniczo jesteśmy jedyną przeszkodą dla niego w dziele zadomowienia się na lewicy, więc musi udawać znawcę marksizmu, żeby z nami walczyć. Inaczej już dawno mógłby sobie odpuścić. Tymczasem siedzi na nas jak na rączym, nieosiodłanym rumaku i chociaż mu jaja obija, to trzyma się lewą ręką za grzywę.

To tylko świadczy o tym, że OBIEKTYWNIE Brys nie może sobie odpuścić polemiki z nami. Poza nami nie ma nikogo, kto może mu merytorycznie zagrozić, mimo takiego natłoku różnego rodzaju intelektualistów na lewicy, wyczulonych na „faszyzm”.

Dlaczego?

A to dlatego, że większość tych lewicowych intelektualistów ma stalinizm za uszami. Natomiast dla posttrockistów jasne jest, że gdyby nie (post)stalinowcy, to nie byłoby miejsca dla takich prawicowych prowokatorów jak Brys. W pewnym sensie jest w tym ziarno prawdy, ale… To ale polega na tym, że słabość posttrockizmu i jego odstępstwo od marksizmu są powodem, dla którego (post)stalinizm mógł podnieść głowę.
Siła prawicowego populizmu wynika ze skutecznego zneutralizowania świadomości klasowej robotników i – w konsekwencji – przyciągnięcia części spośród nich do siebie pod hasłami „patriotycznymi” (nacjonalizm gospodarczy itp.) Było to możliwe wyłącznie dlatego, że posttrockiści odpuścili sobie klasę robotniczą, a nawet postawili się na wrogich wobec niej pozycjach (Nowa Lewica, tzw. nowe ruchy społeczne).

PRL-owcy poststalinowcy obstają przy tezie, że „realny socjalizm” był koniecznym etapem modernizacji gospodarki półperyferyjnej poprzez forsowną industrializację. Z tego bynajmniej nie wynika adorowanie klasy robotniczej. Raczej odwrotność była normą w PRL – robotnicy są na tyle wredni, że nigdy nie rozumieli konieczności swojego poświęcenia się dla dobra modernizacji gospodarczej i ciągle się buntowali lejąc wodę na młyn imperialistycznej propagandy. W związku z czym upadł PRL.

Dla posttrockistów natomiast klasa robotnicza straciła swój potencjał rewolucyjny i antykapitalistyczny.

Mamy więc obiektywne, materialne podłoże dla nie tak już bardzo egzotycznego sojuszu posttrockizmu i poststalinizmu. Jest on wymierzony w marksizm, stąd – walka z marksizmem „ortodoksyjnym” (w opozycji do ortodoksji II Międzynarodówki) z obu stron. O ile rachityczna lewica usiłuje walczyć metodą przemilczania, ponieważ ma swoje środowisko i swoje rutynowe formy aktywizmu, bezpłodne od pół wieku, o tyle Brys jako spadkobierca nurtu „betonowego” w aparacie biurokracji partyjno-państwowej nie ma pozycji instytucjonalnych, choćby rachitycznego typu. Dlatego jest skazany na budowanie przyczółków instytucjonalizacji na nadziei wybicia się na naszym trupie. Dlatego, mimo powtarzanych od lat prób zabicia nas stekiem epitetów, Brys nie ma innego punktu zaczepienia. Jego próby podlizania się naszym wrogom nie są skuteczne, ponieważ trudno mu ukryć swój prymitywny poststalinizm jako podstawę teoretyczną.

Właśnie ze względu na to, że zwalczamy stalinowską prymitywizację marksizmu i wyjaśniamy obiektywne, historyczne podłoże pojawienia się konkretnych opcji teoretycznych na gruncie ruchu robotniczego, zderzenie z Brysem jest nieuchronne.

Warto zauważyć, że Brys nie zderza się z trendem ideowym reprezentowanym przez Stowarzyszenie Marksistów Polskich, albowiem SMP wpisuje się w odradzanie tradycji neo- i poststalinowskiej, choćby w realizowanej przez siebie Marksizmopedii. SMP zostało obsadzone przez przedstawicieli potransformacyjnie zreformowanej szkoły poststalinowskiej czasów PRL, a więc przez ideowych współtowarzyszy Brysa czy Stacha Głąbińskiego. Podstawy instytucjonalne dla zakorzenienia się poststalinizmu w polskim marksizmie istnieją więc całkiem realnie.
Jednak „oświecony” poststalinizm nie bardzo pragnie kompromitować się koneksjami z pomoczarowskim nurtem, stąd Brys nie może liczyć na wsparcie z tamtej strony. Może jednak starać się wysługiwać braciom w „marksizmie-leninizmie” w nadziei na przynajmniej tolerowanie.
Dlatego Brys musi odgrywać rolę hałaśliwego pinczerka. Innej nadziei na zaistnienie po lewej stronie sceny politycznej nie ma.

*

Co do merytorycznej treści, to zaznaczamy, że nigdy nam nie dość wyjaśniania w kwestii teorii marksistowskiej. I tu Brys ma pecha.

Materia bynajmniej nie jest „pierwotną, podstawową tezą filozofii marksistowskiej”. Co najwyżej można twierdzić, że pogląd, że „istnieje niezależny od świadomości i woli ludzi świat rzeczy i procesów” jest jakąś tezą. Albo materia jest zewnętrzną rzeczywistością, albo jest tezą (czyli czymś należącym do świata idei), albo – jak zwykle – Brys używa słów w porządku, jak mu się rozsypią na papierze.

Świat materii ulega przekształceniom, czyli znajduje się w ciągłym ruchu. Ten ruch wynika ze sprzeczności, które są motorem napędowym. Jeżeli jednak bierzemy pod uwagę świat materialny bez człowieka, to mamy do czynienia z sytuacją, w której ów ruch prowadzi normalnie do bardzo powolnych zmian, a co ważniejsze – do ustalania sytuacji nowej równowagi, w której odtwarzają się warunki do dalszego ruchu. Prawami powszechnymi są prawa dialektyki, czyli prawo zmiany jakościowej. Dostrzeganie tych zmian jest możliwe przy zmianie perspektywy oglądu. Katastrofa naturalna jest drastyczną zmianą jakościową w przypadku pewnych gatunków, zaś dla całości planety może być pomijalna. Katastrofa dla planety jest zmianą jakościową, zaś z perspektywy Galaktyki – nie musi być.

Jeżeli więc pewne zmiany jakościowe przerywają istnienie gatunku, który może je zaobserwować, to z perspektywy bardziej obejmującej całości jest to tylko zmiana ilościowa. Tak więc, prawa dialektyki istnieją niezależnie od obserwatora, natomiast stwierdzenie tych praw jest nieodłączne od istnienia obserwatora. Co więcej, bez obserwatora, sam fakt istnienia praw dialektyki nie ma najmniejszego znaczenia dla rzeczywistości jako takiej. Zasadniczo, wszystko jest zmianą ilościową, czyli w gruncie rzeczy wiecznym odtwarzaniem status quo. Sprzeczności mają charakter przypadkowy. Są wynikiem nieograniczonej wolności, z jaką poruszają się po świecie gatunki nie obdarzone rozumem na sposób ludzki.

Ewolucja, która zachodzi na przestrzeni milionów lat, nie jest więc ukierunkowana na nic. Na nic poza jednym elementem – koniecznym wynikiem jakiegoś etapu ewolucji jest pojawienie się homo sapiens. Z punktu widzenia ewolucji jest to wynik neutralny. Ani to dobrze, ani źle, że pojawił się rozum. Nie mógł się nie pojawić, ponieważ organizmy kierujące się dążeniem do przeżycia i zachowania gatunku, stosują strategie zachowań, które im to umożliwiają. Organizmy łączą się w kolonie, aby łatwiej przetrwać. A to jest zachowanie prymitywnie racjonalne. Czyli dalsza ewolucja po tej linii musi z koniecznością doprowadzić do powstania rozumu, który może ogarnąć coś więcej niż tylko najbliższe zagrożenia.

Rozum ludzki stwarza obserwatora, który dostrzega prawidłowości (prawa) w otaczającym go świecie. Kierując się wolnością (czyli nieograniczonym moralnymi wahaniami realizowaniem własnego, bezpośredniego i najbliższego interesu przetrwania), rozum ludzki organizuje sobie możliwość przyspieszania tempa ewolucji. Ta drobna, zdawałoby się, sprawność ma kolosalne znaczenie. Zmiana jakościowa staje się zauważalna z perspektywy bytu, którego dotyczy. Dotychczas trawa nie była w stanie dostrzec krowy, co najwyżej, gdyby potrafiła, wytworzyłaby sobie ideę Boga na kształt krowy (czyli bytu, dla którego prawa dialektyki byłyby zachowane nawet w przypadku unicestwienia danego gatunku i to jako prawo zmiany jakościowej).

Jeżeli ktoś twierdzi, że taka nowa relacja do praw dialektyki niczego nie zmienia, że nadal ewolucja zachodzi, tak jakby człowiek nie posiadał rozumu zdolnego dostrzec i zinterpretować warunki własnego bytowania, to oznacza, że jest po prostu niedoukiem. Wmawianie Marksowi, że nie opanował klasycznej filozofii niemieckiej, która właśnie tym problemem się zajęła w swoim, specyficznym języku filozoficznym, jest zwykłym chamstwem w stosunku do człowieka, który zmarł już dawno i nie może się bronić.

Ten sam problem podnosił Lenin w swojej polemice z empiriokrytycyzmem. Sto lat później jest niewielu ludzi, którzy są w stanie pojąć istotę tej polemiki. Ale nie każdy musi się z tym obnosić jak Brys.

Celem ewolucji nie jest nic. Ewolucja to wynik totalnie wolnej aktywności istniejących bytów, kierujących się swoim partykularnym interesem przeżycia. Co z tego zderzenia wynika? Sporo zależy od przypadku. Niemniej, na poziomie najbardziej ogólnym przypadku nie ma. „Nic”, z którego rozwinął się wszechświat, ma tylko jedno prawo – ruch (bez celu, bez kierunku, bez sensu). Ale to jest prawo konieczne. Wszystko jest zdeterminowane przez tę konieczność. Różnorodność świata wynika z tej bezcelowości, która pozwala na działanie przypadku. Ruch, z którego wynika konieczność, ale zaraz obok, jako dopełnienie na zasadzie negacji – przypadek. Nie ma przypadku w konieczności, nie ma konieczności bez przypadku.

Wytworzenie się rozumu wprowadziło w ten naturalny porządek rzeczy nową jakość. Świadomość musi mieć wpływ na konieczność i przypadek. Uświadomiona konieczność daje wolność, ale ograniczoną przypadkiem – cudzą wolnością.

Ewolucja nie ma celów. Ani sprawiedliwość, ani nawet „dobrobyt ludzkości” czy „rozwój cywilizacyjny”.

Poplątanie w tej kwestii wynika ze sprzeczności w rozumowaniu: z jednej strony, chce się utrzymać, że charakter ewolucji pozostał niezmieniony, a z drugiej – że powstanie człowieka (homo sapiens) narzuciło ewolucji cel, jakim jest „rozwój cywilizacyjny”.

Dążenie człowieka do rozwijania cywilizacji jest przedłużeniem egoistycznego gatunkowo trwania swego gatunku, jego przetrwania w otoczeniu przyrodniczym. Prowadzi to do hipertrofii możliwości człowieczych, czyli do zagrożenia dla przyrody ze strony poszukującego bezpieczeństwa gatunku ludzkiego. Znowu sprzeczność dialektyczna. Sprzeczność zagrażająca istnieniu człowieka, która zrodziła się z przeciwstawnego, świadomego dążenia.

Z perspektywy ewolucji jednak nie ma tu żadnego problemu. Chwilowe wycofanie się człowieka z nadaktywności na planecie pokazało, że przyroda zagospodaruje miejsce po człowieku dość szybko.

Świadomość klasowa jest wyrazem tego, że mamy wreszcie świadomość, iż sprzeczność leży w samym bycie gatunkowym, a nie w jego relacjach z otoczeniem. Jako homo sapiens, nie możemy tego rozumieć czy analizować w innych kategoriach, jak tylko w kategoriach subiektywnych. Dlatego ewolucja z ludzkiej perspektywy przybiera postać sporów teoretycznych i walki klasowej. Naturalna ewolucja nie rozwiąże za nas problemów, które dziś mamy. Jedyne rozwiązanie jakie zna, to likwidacja nosiciela problemu – i po kłopocie. Mała strata, krótki płacz. Co najwyżej rozum rozwinie się w innej linii ewolucyjnej. W końcu literatura science fiction dostarcza nam materiału do przemyśleń.

Klasy panujące nie są zainteresowane w rzeczywistej zmianie. Ich działania będą wciąż powodowały odnawianie się problemu. Widać już dziś, że przykrywając problem kryzysu gospodarki kapitalistycznej pandemią, a raczej pozorowanym działaniem na rzecz jej zwalczania, klasy panujące dążą do osiągnięcia swego celu, jakim jest ujarzmienie potencjału buntu grup wyzyskiwanych.

Atrakcyjne dla większości ludzkości jest hasło konieczności utrzymania takiej cywilizacji, z jaką mamy do czynienia, choćby obiecywała ona zderzenia z katastrofami mniej lub bardziej naturalnymi w coraz krótszych odstępach czasu. Istota problemu tej cywilizacji tkwi w klasowym antagonizmie. W filozoficznym ujęciu możemy to przedstawić jako klasowy antagonizm polegający na zepchnięciu problemu relacji do przyrody do podświadomości, którą ucieleśnia klasa pracowników bezpośrednio produkcyjnych. Klasa panująca usiłuje przezwyciężyć sprzeczności systemu taktyką dotychczasową – przyspieszyć rozwój gospodarki kapitalistycznej, aby zachować cywilizację sprzeczności klasowej.

Tylko klasa bezpośrednich pracowników produkcyjnych utożsamia się z interesem zmiany tego kursu cywilizacyjnego, ponieważ to ona ponosi bezpośrednie i na bieżąco skutki sprzeczności dialektycznej. A więc jej interesy partykularne są interesami ludzkości – przypadkowo i koniecznie jednocześnie, ponieważ tego nie sposób odróżnić, są to dwie strony tego samego medalu. Interesy tej klasy wyrażają się w subiektywnych pojęciach, takich jak „sprawiedliwość społeczna”, „walka klas” itp.

Ewolucja społeczna ma inny charakter niż ewolucja przyrodnicza, a to z powodu rozumu, który staje się zasadniczym elementem i najważniejszym czynnikiem owej ewolucji. Prawa dialektyki nie zmieniają się, ale w przypadku człowieka gatunkowego mamy do czynienia ze świadomością owego procesu. To wpływa na kwestię wolności. Świadomość likwiduje wolność w sensie przedrozumowym, czyli w sensie niewinności wynikającej z niezbywalnego prawa do bronienia swego istnienia przed bezpośrednim zagrożeniem, bez kłopotania się o skutki dla otoczenia.
Rozum zakłada świadomość skutków.

Ta część społeczeństwa, która jest pozbawiona związku z działalnością bezpośrednio przekształcającą przyrodę i środowisko przyrodnicze nie ma obiektywnych podstaw dla odczuwania jako własnego interesu konieczności zaprzestania nadmiernej eksploatacji owego środowiska. Wręcz przeciwnie. Wolność kojarzy się tej części społeczeństwa jako możliwość czerpania z niego w oczekiwaniu, że będzie się ono odtwarzało w sposób nieskończony. Drugim wyjściem jest zanegowanie prawa większości społeczeństwa do wolności w odniesieniu do środowiska naturalnego, a więc i zanegowanie wolności społecznej. Przed tym dylematem stoimy dziś.

Rozwiązaniem najbardziej naturalnym jest postawienie wszystkich w sytuacji bezpośrednich producentów pracujących na styku z przyrodą. Przemoc państwowa daje prawo do czerpania z owoców cudzej pracy. Czerpanie bez wysiłku powoduje, że łatwo jest rościć sobie pretensje do więcej i więcej (dóbr, usług wyczerpujących przyrodę). A gdyby spróbować samemu własnym wysiłkiem zdobyć to samo? Wtedy w grę wchodziłoby przekalkulowanie, na ile mi się opłaca pracować powyżej własnych potrzeb. Dlatego, jak pokazywał Marks, partykularne interesy klasy robotniczej stają się interesami powszechnymi.

Ewolucja nie kieruje się żadnymi celami, to prawda niepodważalna. Ale strategia realizacji własnego interesu w poczuciu pełnej wolności i pełnej niewinności takiego postępowania, przestała być strategią zapewniającą najlepszą adaptację do praw dialektyki. Nie sposób bowiem zawiesić rozumu na kołku na czas potrzebny do ujarzmienia ewolucji, aby nas słuchała. Sprzeczności są w naszym życiu społecznym i one zagrażają naszemu trwaniu w ewolucji. To są te krótkie (z perspektywy wieczności) momenty, kiedy prawa dialektyki zbiegają się z prawami społecznymi.

To jest sytuacja pionierska w historii naszej planety. Albo staniemy na wysokości zadania, jakie stawia nam nasz własny rozum, albo zdamy się na przypadek – wojny atomowej czy katastrofy naturalnej. I to wszystko będzie zgodne z niewzruszonymi prawami dialektyki.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
9 czerwca 2020 r.