Reprezentatywny i cieszący się autorytetem, lewicowy autor zazwyczaj rzetelnych i ciekawych relacji, Jarosław Pietrzak, w swoim tekście porusza kwestię obchodzącą, jak wszystkie informacje związane z protestami za oceanem, opinię publiczną całego świata – obalanie pomników dawnych posiadaczy niewolników i przywódców konfederatów Wojny Secesyjnej. Nie upiekło się nawet Kolumbowi, który bynajmniej nie planował odkrycia Ameryki.

Temat modny, co więcej, dający szerokie pole do popisu, aby skonfrontować się z nienawistną, „faszystowską” ideologią, przyłapać ją in flagranti na stosowaniu podwójnych standardów i przygwoździć dziada, jak na to zasługuje. Tymczasem, cały artykuł Pietrzaka

Pomniki na bruk

czyta się z poczuciem rosnącego rozczarowania. Drobiazgowe rozważania dotyczące subtelnych różnic między niewolnictwem starożytnym a nowożytnym doskonale wpasowują się w uprawianą właśnie na naszych oczach przez prawicę pragmatyczną relatywizację prawdy.

Tym samym legitymizując ją.

Odrzucając usprawiedliwienie dotyczące nieświadomości zła płynącego z przyjęcia jako oczywistość, niepodlegającego refleksji stylu życia, przywodząc świadectwa świadków historii, którzy jednak potrafili na taką refleksję się zdobyć, Pietrzak zapomina o świadectwie, które usprawiedliwia w oczach prawicy jej pretensje do wierności prawdzie absolutnej, nie mówiąc już o miłości absolutnej – a mianowicie o antyniewolniczym, społecznym wydźwięku pierwotnego chrześcijaństwa. Czyż świadectwo Bartolome de las Casas może się zmierzyć ze świadectwem samego Jezusa Chrystusa?

Toż to na praktycznym odrzuceniu niewolnictwa budowała się cała zachodnia cywilizacja! Prawa człowieka, konstytucjonalizm, idee sprawiedliwości itp. filary „zachodniej cywilizacji”.

To, czego nie zauważa polski lewicowy intelektualizm (jednoznacznie wpisujący się w wybór cywilizacyjny), dla lewicy rosyjskiej jest widoczne, ponieważ odzwierciedla rozbieżności w łonie własnej „klasy intelektualistów”, tradycyjnie podzielonej na przyjmujących wartości zachodnie i tych, pielęgnujących „rosyjską specyfikę”:

W związku z ‘pomnikopadem’ w USA i w Europie, niektórzy wnikliwi komentatorzy zauważyli, że wydaje się prawdopodobnym, iż epoka monumentalnej propagandy i heroizacji historycznych postaci odeszła w przeszłość. Nie wykluczam tego, choć sądzę, że problem jest głębszy. U podstaw cywilizacji zachodniej leży ideologiczny ‘othering’: ‘my’ wierzymy w wartość ludzkiego życia, pojmujemy znaczenie osobowości, a ‘oni’ (‘Wschód’) – nie wierzą i nie pojmują. ‘Ich’ lista dyktatorów jest bardzo długa (a na jej czele stoją ‘wschodni despoci’ – Mao i Stalin), a u ‘nas’ jest tylko Hitler, którego sami pokonaliśmy i osądziliśmy. ‘My’ mamy wrodzone poczucie indywidualizmu i liberalnego uniwersalizmu, które ‘im’ są niedostępne. Jak każda ideologia, taki ‘othering’ pozwala cokolwiek zauważyć, a czegoś tam nie dostrzegać. Nie dostrzegać, przede wszystkim, własnej ‘zachodniej’ historii kolonializmu (szczególnie przesiedleńczego) czy niewolnictwa. Dotychczas stosunek do tych zjawisk opierał się na formułce ‘tak było, ale…’ Ale to tylko wyjątek. Ale tak było w przeszłości. Ale my sami to przezwyciężyliśmy. Logika ‘tak, ale’ dostarczała szczególnego, egzystencjalnego uspokojenia (odpowiednikiem którego był tradycyjny, rosyjski niepokój – ‘jesteśmy państwem niepełnowartościowym’). Chytrość ideologii nie polega na totalnym negowaniu pewnych faktów, ale raczej na tym, że pozwala się do nich spokojnie odnosić. A tu nagle w działaniu ‘zachodniego’, ideologicznego ‘otheringu’ daje się zauważyć oczywisty wyłom. Jak odnosić się do własnej przeszłości (a tym samym, rzecz jasna, i do teraźniejszości), do samego siebie – nie wiadomo, ale poprzedniego poczucia spokoju już nie ma. ‘Zachód’ wszedł w epokę egzystencjalnego niepokoju, który prześladował Rosję odkąd pojawili się tam intelektualiści. Żaden fakt historyczny, żadna filozoficzna koncepcja nie były bezpieczne. Bez wzmianki o imperializmie, kolonializmie i niewolnictwie nie da się napisać historii liberalizmu, konstytucjonalizmu czy praw człowieka. Nie wiem, jak sprawy potoczą się dalej, ale dobrze by było, gdyby rosyjscy intelektualiści zrozumieli, co się w ogóle dzieje i spróbowali wyrwać się z własnego, zaklętego kręgu ‘europejskiego kompleksu’ – kiedy akurat ten kompleks zaczyna obejmować samą Europę (patrz:)

В связи с памятникопадом в США и Европе некоторые проницательные комментаторы заметили, что, возможно, сама эпоха…

Opublikowany przez Ilyę Matveev Sobota, 20 czerwca 2020

W pewnym sensie, mamy tu do czynienia z kolejnym elementem tej samej serii: upadek tzw. komunizmu wywołał oczekiwane, systemowe zmiany nie tylko w pokonanym, ale i – nieoczekiwane – w jego zwycięskim oponencie. Koniec historii poniósł sromotną klęskę. Dialektyka po raz kolejny udowodniła swą spokojną, ale bezwzględną moc dziejową.

Lewica ma szansę na odnalezienie się w procesie dialektycznym, jeśli odrzuci łatwo narzucający się (i narzucany politycznie) wybór (alternatywę) w imię przezwyciężenia sprzeczności na wyższym poziomie. Póki co, ani na Wschodzie, ani na Zachodzie nie ma przesłanek do przesadnego optymizmu w tej kwestii.

Prawica ma pozycję, we własnych oczach, nie do ruszenia – utożsamianie się z religią chrześcijańską ma ten plus dla wyznawców, że mogą zawsze się powoływać na doktrynę, która daje im udział w Prawdzie i Dobru Absolutnym. Będzie się tego trzymać jak pijany płotu, najlepiej proponując preambułę o chrześcijańskich korzeniach cywilizacji europejskiej, które najlepiej utrwalać, traktując Roundupem okoliczne chwasty. Sprzeniewierzenie się tym ideom jest zawsze wynikiem grzesznej natury człowieka zrodzonej z grzechu pierworodnego. Prawda, były wojny, było niewolnictwo, była niesprawiedliwość, morze, ocean niesprawiedliwości. Ale w etyce, w myśleniu kierunkowym – wierzący mają nieustającą przewagę (we własnym mniemaniu) nad swymi przeciwnikami. Mają bowiem świadomość, gdzie leży absolutna prawda i miłość, chociaż im się często sprzeniewierzają.

To pozwala prawicy mierzyć inną miarą grzeszność swoją i cudzą. I tu jest clou ideologii prawicowej. W tym poczucie wyższości elit, które kierunkowo są sprawiedliwe, ponieważ wiedzą, na czym polega sprawiedliwość i wszystkie pozostałe cnoty świata – w przeciwieństwie do „pogan” (w tym pogan socjalnych), którzy mogą co najwyżej wpaść na jakąś cnotę szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Pietrzak ustawia ranking mniej i bardziej szkodliwego niewolnictwa (poza Absolutem, cnoty są stopniowalne), w którym to starożytne zajmuje wyższą pozycję etyczną. Nie zauważa przy okazji, że argumenty, które podnoszą ranking niewolnictwa starożytnego nad kapitalistyczne, paradoksalnie stosują się do niewolnictwa południowych stanów Ameryki Północnej. A są przeciwne wolności, jaką przedstawiciele kapitalistycznej Północy i protoplaści współczesnych Demokratów, dali Murzynom na taj samej zasadzie, na jakiej stosunki kapitalistyczne odjęły chłopu pańszczyźnianemu kajdanki wraz z butami.

Przy okazji, warto zauważyć, że starożytne niewolnictwo doskonale układało się z częściowo progresywnym, mizoginicznym, ale za to progejowskim stylem życia. To tylko jeden z argumentów dowodzących, że konfiguracje wartości rewolucyjnych nie polegają na poszerzaniu listy wszelkich wartości społecznie uznawanych za istotne, choćby i zasadnie.

Na gruncie prawicowej relatywizacji wartości, argumentowania, że zgubna dla tożsamości jest negacja choćby i spornej przeszłości, aż się prosi, aby uderzyć w pretensje prawicy do ekskluzywnej (w medialnym znaczeniu słowa), bezpośredniej łączności z absolutem jej własną bronią, wytknąć podwójne standardy, wyciągając jej własne, zmasowane burzenie pomników niedawnej historii nie tylko w przestrzeni publicznej, ale i w zaciszu bibliotek.

Ale nic z tego. Pietrzak nawet się o tym nie zająknął. Przez otwarte głowy czasami przelatuje tylko wiatr.

Co śmieszniejsze, argument ten przywołał akurat konstruktywny krytyk nie dość ideowej prawicy z pozycji endeckich, guru lewicy o prawdziwie narodowym i populistycznym rodowodzie, fanów polskiej drogi do socjalizmu, nawiązującej bezkrytycznie do PRL – Konrad Rękas. W swoim artykule „Nowa wojna o zasoby” (http://xportal.pl/?p=36946), tylko muska on temat paraleli burzenia pomników w obszarze tzw. Zachodu i w obszarze poradzieckim, ustawiając go w kontekście „weryfikacji historii”, przećwiczonej na upadku tzw. komunizmu i powtórzonej dziś w globalnej skali. Chyba żyjemy w świecie ziszczonych oczekiwań na nierychliwą, boską sprawiedliwość.

Wedle niego, „…dla mieszkańców obszarów dawnego Bloku Wschodniego” oczywiste skojarzenie wydarzeń w USA z tymi z naszego obszaru geograficznego stanowi okoliczność „dodatkowo poruszająca czułą stronę poprzedniego niszczenia pomników, tych nazywanych komunistycznymi…”.

Dla lewicowca Pietrzaka ta zbieżność sposobów myślenia „faszystów” i antify nie budzi dysonansu. Harmonijnie godzi sprzeczności przez postrzeganie komunizmu jako odpowiednika faszystowskiego zniewolenia. Przy okazji, lewica buddystyczna nie darzy nienawiścią nomenklatury peerelowskiej. Leżałoby to zbyt na prawo od jej udziału w prawdzie i miłości niemal absolutnej, która nakazuje wybaczać nawróconym, choćby na kapitalizm, byle nie na neoliberalizm. Choć i to niezbyt konsekwentnie.

I tak, logicznie oraz konsekwentnie, słowa „faszystowskiego” prezydenta wszystkich niefajnych i nieuśmiechniętych Polaków o tym, że ideologia LGBT jest gorsza od ideologii komunistycznej, nie wywołały u społeczności LGBTQ++ odruchu rzucenia mu w twarz „Ich bin ein Kommunist”. Społeczność ta poczuła się spotwarzona, sponiewierana i przyjmuje wyrazy współczucia i oburzenia ze strony politycznie poprawnej społeczności UE, oczekując odpowiednich kroków administracyjnych.

Nie ma natomiast przebaczenia dla podmiotu, legitymizującego ideowe fundamenty błędnej, komunistycznej ideologii. Tym bardziej, że podmiot ten znalazł się po ciemnej stronie mocy i przystąpił do armii „faszystowskiego” Mordoru.

No cóż, każdy ma taką lewicę, na jaką zasługuje. Widocznie bardzo zgrzeszyliśmy.

Od czego lewica akademicka? Coraz to nowe pokolenia usiłują odzyskać dla nowoczesnej i postępowej lewicy (której ideałem jest amerykańska Partia Demokratyczna) dobre samopoczucie. Niekiedy plącząc się przezabawnie.

I tak, dr Tomasz S. Markiewka (https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/dr-tomasz-s-markiewka-lekcewazymy-spoleczny-gniew-ktory-wybuchnie-nam-w-twarz-wywiad/z5p61xj?utm_source=www.facebook.com_viasg_wiadomosci&utm_medium=social&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs&utm_v=2) przeciera szlak poszerzając obszary, w których może się wyrażać słuszny gniew. Wydarzenia w USA zrzuciły z piedestału – wraz z głową Kolumba – „lewicę buddyjską”. Markiewka odnotowuje pogardę, z jaką Fajnopolacy, zwykle luzaccy i gandhystowscy z przyrodzenia, zwykli traktować rodzimy, „faszystowski Ciemnogród”. Markiewka zauważa problem wyłącznie na poziomie poprawnie politycznie wyznaczonym przez establishment, symbolem którego pozostaje wciąż dyżurny antyestablishmentowiec „IV RP”, Andrzej Lepper. Ten ostatni symbolicznie ucieleśnia, a jednocześnie nie pozwala na samoidentyfikację sił klasowych, które są na siłę wrzucone do jednego worka. To ci, którym nie pasuje transformacja demokratyczna z natury, i którzy w efekcie popadają w niesłuszną roszczeniowość. Słuszna roszczeniowość obejmuje część drobnomieszczaństwa, z którą identyfikuje się centrolewica. Ta sama, która znalazła się, ku swojemu bolesnemu zdumieniu, w opozycji zamiast na stanowiskach w rządzie i parlamencie.

Dr Markiewka, słusznie piętnując – z pozycji zaniepokojonego potencjałem gniewu, którego rozmiar uświadamiają wydarzenia w USA – postawę Fajnogrodu wobec swego niefajnego, ciemnego odpowiednika, dochodząc do konkluzji zmienia nagle podmiot gniewu, wracając do stereotypu, w którym nosiciele owego gniewu sprowadzają się do tradycyjnych idoli „fajnoludzi”. Zderzenie musi mieć miejsce między tradycyjnymi przeciwnikami: Elfami i Orkami. Na gruncie nowoczesnej socjologii nie da się go umieścić gdzie indziej. Inaczej byłoby nienaukowo.

I tak: „Kiedy ludzie są czymś sfrustrowani – a najczęściej dotyczy to ich sytuacji ekonomicznej – zawsze można im pokazać palcem ‘prawdziwego’ winowajcę. Polska prawica importowała ten poręczny mechanizm zza oceanu, a wraz z nim: pojęcie poprawności politycznej.

To bardzo sprytne pojęcie, które pozwala dowolnie poszerzać pulę wrogów. Nie trzeba się ograniczać do ‘obcego’: Niemca, bolszewika, Unii Europejskiej, uchodźcy itd. Można wrzucić do jednego worka sąsiadkę, która na uczelni zajmuje się genderem, studenta jeżdżącego na rowerze – wiadomo: marksista kulturowy – weganina, zwolennika progresywnych podatków i konwencji antyprzemocowej, kinomana, któremu podobały się ‘Gwiezdne Wojny’ z kobietą w głównej roli.

W ten sposób powstaje wizja potężnego, drapieżnego smoka o stu głowach, z których każda zasadza się na Polskę i Polaków od innej strony. To pozwala mobilizować poparcie sporej rzeszy wyborców. Zarazem jest to strategia niebezpieczna, ponieważ oznacza ona szczucie na grupy społecznie słabsze, np. mniejszości etniczne czy seksualne” (tamże).

I tak, dr Markiewka udowodnił, że lewicowa nauka nie potrafi się wyrwać ze stereotypu dostrzegającego nadal tylko „politycznie poprawne” ofiary „faszystów”, którzy przemocą elektoralną zawłaszczyli (jak Hitler) jedyny słuszny system, w którym roszczeniowość mogą przejawiać jedynie „nieudacznicy z wyuczonym syndromem bezradności”.

Góra urodziła mysz. Markiewka kontynuuje z wyraźną ulgą, że mu się ułożyło w znane koleiny: „spójrzmy na to w ten sposób: mamy niezadowoloną grupę społeczną – np. kobiety, osoby na umowach śmieciowych, mniejszości seksualne. I oni czy one mówią do nas: halo, tu jest coś nie tak, nie żyje nam się tu tak dobrze jak wam. Dlaczego to wasz ‘spokój’ ma być ważniejszy niż nasze problemy? – pytają nas, a my powinniśmy słuchać, nawet jeśli pytanie nie zawsze jest zadane ‘grzecznie’.” (tamże).

Czyżby Lepper miał problem z orientacją seksualną?

Polska „klasa kreatywna” odbija pogmatwanie sytuacji amerykańskiej. „Czarny protest” jest akceptowany przez postępową młodzież i postępowy establishment polityczny, ponieważ i dopóki pozostaje protestem o podłożu moralnym. Element ekonomiczny protestu – sankcjonowanego przez lewicę – sprowadza się do pracowników na umowach śmieciowych (prekariat), związanych ideowo i interesem grupowym z warstwami zasadniczo wygranymi w ramach „kapitalizmu socjalnego” czy w ramach transformacji kapitalistycznej.

Prekariat nie jest pojęciem klasowym, nie odzwierciedla położenia grupy społecznej, która jest niezbędna kapitałowi jako odrębna od proletariatu. Koronawirus udowodnił to z całą bezwzględną mocą. Ta grupa społeczna, chociaż agresywna i hałaśliwa, boksuje się z własnym cieniem. Taka jest przyczyna zaniku politycznego znaczenia lewicy we współczesnym świecie – lewica zeszła z areny rzeczywistej walki klasowej, z własnej, nieprzymuszonej woli. Konsekwencje odczuwa dziś.

Podstawianie problematyki drobnomieszczańskiego segmentu świata pracy pod rzeczywiste kwestie ekonomiczne, już powoli zauważalne – o czym świadczy wypowiedź dr Markiewki – służy zamazywaniu sprzeczności, którą ujawnił oryginalny protest. Tego niezadowolenia nie reprezentuje protest wobec dyskryminacji płciowej, nie sprowadza się ono do kwestii prekariatu.

W efekcie, nie ma siły, która by lepiej służyła umocnieniu pozycji i stabilności kapitalizmu niż współczesna lewica, która rozbraja raczkujące, pączkujące zaledwie protesty klasowe w entuzjastycznych i kreatywnych demonstracjach fajnoludzi, eksplozjach młodości i ogólnej fajności, zaraźliwej pod każdą szerokością geograficzną, opartą mniej więcej na tym samym mechanizmie, jaki wywołują reklamy McDonald’sa, jeansów czy Coca Coli, czyli chęć naśladownictwa w ramach globalnej kultury cargo.

Burzenie pomników wyraża słuszny gniew. Dopóki jednak będą one nadal zastępowane pomnikami kultury masowej, to klasa panująca nie ma się czego obawiać.

Globalny Alzheimer z fiksacją na wczesnym dzieciństwie.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
21 czerwca 2020 r.