Już w listopadzie 2025 r. minister R. Sikorski stawiał sobie i swoim słuchaczom ważne pytanie: czy Polska poza Unią Europejską poradziłaby sobie lepiej? Odpowiadając samemu sobie na to retoryczne pytanie, Sikorski zwrócił uwagę, że UE jest odbiorcą 75% polskiego eksportu.
W bieżącym roku, przemówienie Sikorskiego w Sejmie idzie w tym samym duchu, pogłębia i tłumaczy wybory polskich polityków znajdujących się u steru władzy. Minister podaje powody skłaniające do trzymania się Unii Europejskiej i jej sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W ten sposób odpiera argumenty prawicy narodowej o zdradę interesów Polski.
I faktycznie, obie skłócone strony nie różnią się od siebie w zasadniczej kwestii Obie stawiają sobie za cel sukces ekonomiczny Polski. Sukces rozumiany w sposób klasowy, żeby nie było wątpliwości. Dla przytłaczającej większości lewicowców sukces ekonomiczny jest obiektywny, pozaklasowy, co pozwala im na lewitowanie w orbicie a to (neo)liberałów, a to nacjonalistów.
Dla PiS, suwerenność Polski oznacza swobodną konkurencję z państwami europejskimi. Wolny rynek w optyce prawicowej oznacza warunki dla sukcesu wszystkich, bo przecież wolny rynek to zwycięstwo wszystkich, żadna gra o sumie zerowej, jakby to chcieli nam wmówić marksiści. Złudzenie to opiera się na podporządkowaniu „otoczenia niekapitalistycznego”, które skutecznie neutralizuje skutki anarchicznego modelu gospodarczego kapitalizmu. Dlatego niezbędne jest oparcie się na hegemonii amerykańskiej, która jest gwarantem utrzymania w pokorze „otoczenia”.
I dokładnie tak Sikorski rozumie interes polski w trwaniu w sojuszu z USA. Różni się tu w rozumieniu roli UE dla realizacji celów Polski. Polska hegemonia regionalna z okresu przednowożytnego wynikała z przewagi Rzeczypospolitej w produkcji rolnej, co skończyło się wraz z nastaniem epoki przemysłu. Przywiązanie feudalnej klasy panującej do metod zarządzania rodem z minionej epoki uczyniło Rzeczpospolitą kruchą i doprowadziło do rozbiorów.
PiS-owski projekt jest oparty na przekonaniu, że wszystkie suwerenne i narodowe państwa powstałe w wyniku rozpadu UE mogą rozwinąć się ekonomicznie. Jest to niezbyt mądre założenie, ponieważ w obecnej dobie liczą się wielkie regiony ekonomiczne, a nie pojedyncze państwa narodowe. Chyba, że są ogromne, jak USA, Chiny czy Rosja. Nawet Iran zawadza tu hegemonowi.
Sikorski, podkreślając znaczenie UE dla rozwoju naszej gospodarki, stawia na to, że rynek unijny jest bezpiecznym miejscem, na którym gospodarka polska może powoli rosnąć w siłę – w warunkach w pewnym stopniu cieplarnianych, osłaniana europejską regulacją. Gospodarka polska rzucona na głęboką wodę samodzielności ma wszelkie dane, aby zwyczajnie utonąć w otoczeniu podobnie działających i walczących o przetrwanie suwerennych państw narodowych.
Oczywiście, istnieje realne zagrożenie, że te warunki będą sprzyjały wzrostowi najsilniejszych i najbardziej bezwzględnych bytów państwowych w ramach niby sferedalizowanej Unii. Do tej pory najczęściej podkreśla się, że UE to w gruncie rzeczy panowanie gospodarcze Niemiec, jakoś politycznie niemrawo kontrolowane politycznie przez elity polityczne zainteresowane najbardziej kwestiami obyczajowymi, bo ekonomiczne zostały wszak rozstrzygnięte raz na zawsze wraz z upadkiem „realnego socjalizmu”.
Warto zastanowić się, czy nie mamy tu do czynienia z modelem biurokratycznym, który doprowadził do wewnętrznego rozpadu Jugosławii zanim jeszcze sprawę przypieczętowały NATO-wskie bomby. Federalizacja UE, która jest modelem dla aktualnych elit europejskich, powtarza ten sam błąd, który robiła Jugosławia – jedność republik związkowych była fikcyjna. Partykularne interesy związkowych struktur biurokratycznych działały odśrodkowo, szczególnie, że modelem była gospodarka rynkowa. Pozornie dawała ona lepsze efekty gospodarcze niż gospodarka biurokratycznie upaństwowiona, ale jednocześnie model zdecentralizowany (warunek demokracji!)
powodował rywalizację różnych odłamów biurokracji i w efekcie, przy rozpadzie mieliśmy do czynienia z ujawnieniem sytuacji głębokich nierówności rozwojowych w poszczególnych republikach związkowych. Taki był finał wychwalanego jako alternatywa dla stalinizmu modelu jugosłowiańskiego. Co nie znaczy, że model (post)stalinowski był w czymkolwiek lepszy. Poza tym, może, że nie stanowił żadnej demokratycznej alternatywy dla modelu czysto kapitalistycznego. Po prostu „postkomuniści” skapitulowali, a biurokracja jugosłowiańska wyobrażała sobie, że będzie może wzorcem dla Europy…
*
Warto przy okazji zaznaczyć, że 2025 r. przyniósł zmianę pozytywnego salda handlu zagranicznego na negatywny, głównie ze względu na wzrost importu z Chin (eksport ogółem w 2025 r. wzrósł o 2,0%, ale import o 3,9%). Co potwierdza obawy ekipy Tuska-Sikorskiego, że Polska samodzielnie
to może figę. Fakt, że głównym odbiorcą polskiego eksportu są kraje UE (Niemcy, Czechy, Francja, a poza tym: Wielka Brytania, USA) może świadczyć o tym, że polska gospodarka jest podporządkowana potrzebom europejskim i jej struktura wynika ze struktury produkcji i usług nastawionych na zaspokojenie popytu w tym obszarze. Może to być także efektem podporządkowania gospodarki polskiej gospodarce niemieckiej, która jest wiodąca w Europie i nastawiona na Europę.
Z perspektywy przyjętej przez tę ekipę strategii politycznej, oparcie gospodarki rodzimej na ekspansji na rynki unijne może przyczynić się do okrzepnięcia własnego przemysłu i przygotować go do ekspansji na rynki zewnętrzne. Jest to ułatwione przez fakt, że kraje zachodnioeuropejskie uległy dezindustrializacji i stały się „otoczeniem postkapitalistycznym” dla ewentualnego podmiotu mającego predyspozycje do wykorzystania tej sytuacji. Szczególnie interesująca stała się sytuacja potem, jak w wyniku „przyjacielskich” zabiegów USA, Niemcy straciły podstawy łatwego rozwoju i przewagi ekonomicznej w regionie. To daje nadzieje różnym hienom typu ekipy Tuska-Sikorskiego, co nie znaczy, że kibicujemy Niemcom. Hieny z PiS-u też mają swój udział w powszechnej radości. Jak twierdziła autorka Przeminęło z wiatrem ustami Retta Butlera (cytujemy z pamięci): są dwie sytuacje, kiedy można się wzbogacić – raz, kiedy bogacimy się wraz z narodem, drugi, kiedy naród przeżywa katastrofę. Tyle, że za drugim razem o wiele szybciej…
To samo z Unią Europejską, jeśli rozumiemy ją jako jeden organizm.
Wydaje się, że tak czy inaczej, jedność europejska jest nie do utrzymania, co różne hieny będą starały się wykorzystać przy pomocy USA. To niesie bezpośrednie zagrożenie otwartym konfliktem militarnym na naszym kontynencie, między wczorajszymi sojusznikami. Scenariusz jugosłowiański.
Zacietrzewienie po obu stronach polskiej sceny politycznej ujawnia się w powierzchownych sporach na tematy obyczajowe, odbijając nieistotny również w łonie nurtów lewicy podział. Ale przecież nie będzie się wszystko rozgrywało jawnie, przy powołaniu na istotne kwestie ekonomiczne i polityczne. Wszystko będzie się rozgrywało pod szyldem tzw. wartości. Dla mydlenia oczu społeczeństwom, które są w tej całej zawierusze dziejowej ofiarami.
Przy okazji, fakt, że UE pozostaje pod wpływem nowolewicowych idei stanowiących powierzchowną politurę faktycznego podziału klasowego (na który nowa lewica jest zwyczajnie ślepa), pozwala demagogicznie utożsamiać na prawicy nurt prounijny z „lewacką” ideologią. Sojusz z tzw. postkomunistami stawia kropkę nad i pisowskiego przekonania, że ekipa Tuska jest z gruntu formacją lewicową. W ten sposób rysuje się podział na „faszystów” po jednej i „komunistów” po drugiej stronie.
Dla Sikorskiego nie ulega wątpliwości, że bez wsparcia ze strony UE polska gospodarka nie daje podstaw dla polskiej suwerenności. Podobnie jak w byłej Jugosławii, poszczególne państwa będą się starały wygrać na słabości UE i przejąć rolę lidera, skoro Niemcy zostały nieco zdystansowane.
*
Nie dziwi więc, że Sikorski kładzie nacisk na konieczność przeciwstawiania się propagandzie rosyjskiej. W ostatnim czasie Komisja Europejska zdecydowała się nawet na nałożenie sankcji na indywidualne osoby, które oskarża o bycie tubą propagandową Rosji, w tym na byłego oficera służb specjalnych Szwajcarii, pracującego w ramach misji pokojowych i obserwacyjnych NATO, w tym na Ukrainie, w okresie krystalizowania się konfliktu z Rosją po tzw. drugiej dekady XXI wieku.
Zdaje się to świadczyć o tym, że narracja obiektywizująca konflikt ukraińsko-rosyjski trafia do przekonania wielu odbiorców, zbyt wielu, jak na wytrzymałość nerwową elit europejskich. Antyrosyjska propaganda miała swe apogeum w okresie PRL, zaczęła pękać w szwach w wyniku zderzenia z rzeczywistością potransformacyjną, co doprowadziło do zmiany nastrojów społecznych i wyniesienia do politycznego bytu polityków tzw. postkomunistycznych. Ci ostatni szybko jednak rozczarowali swój elektorat, dowodząc, że porozumienia między częścią dawnej opozycji a szczytami władzy biurokratycznej były oparte na niekłamanej wspólnocie poglądów.
Sytuacja, w której Europa Zachodnia traktowała Federację Rosyjską jako potencjalnego partnera (a raczej jak ubogiego krewnego i pożytecznego frajera) postzimnowojennego ładu, była dla byłej opozycji oraz dla „postkomunistów” poważnym zagrożeniem ich politycznej wiarygodności.
Integracja Rosji ze strukturami europejskimi była dla byłej opozycji załamaniem prawdziwości jej etosu. Odzyskanie przez Rosję znaczenia w Europie byłoby postrzegane jako odzyskanie przez Rosję wpływu na kraje ościenne i narzucenie przez Rosję charakteru politycznego europejskiej wspólnocie.
Dla UE podporządkowanie Rosji jako zaplecza tanich surowców i ogromnego rynku zbytu było dźwignią rozwoju ekonomicznego, co jednak stanowiłoby wyzwanie dla hegemonii USA. Europa stała przed dylematem – albo stawka na samodzielność i na kapitalistyczny rozwój w ramach konkurencji ze strony dynamicznie rozwijającej się Peryferii, albo stawka na dotychczasowy „postkapitalizm”, w którym USA jako hegemon utrzymuje Peryferie w wiecznej zamrażarce rozwojowej i korzystanie z tej uprzywilejowanej pozycji „rajskiego ogrodu” opartego na bezkarnym wyzysku Peryferii. Bez zagrożenia ze strony nieuniknionej odrodzenia klasy bezpośrednich producentów i całego tego „komunistycznego” zagrożenia ze strony dyktatury sprzecznej z burżuazyjną demokracją.
Co prawda, Rosja jest obecnie państwem kapitalistycznym, ale jej społeczeństwo wykazuje wzrost nastrojów proradzieckich. Nie jest to przyjmowane jako wskaźnik realnej niemożności życia kraju peryferyjnego w kapitalistycznych warunkach, ale interpretowane jako… wzrost nastrojów proimperialnych. Elity nie mające zamiaru powracać do czasów radzieckich mają do wyboru albo podporządkowanie – jak w przypadku innych państw posocjalistycznych i poradzieckich – albo drogę nacjonalistyczną. Z tym, że w przeciwieństwie do krajów byłych satelickich, samej Rosji odmówiono takiej perspektywy.
Dla zdezindustrializowanej Europy Rosja nie ma wartości zaplecza tanich surowców, ponieważ Europa zaopatruje się z zagranicy w dobra konsumpcji materialnej. Miałaby takie znaczenie, gdyby Niemcy zdecydowały się na bunt wobec amerykańskiej hegemonii. Ale elity ani Rosji, ani Niemiec, nie są na to gotowe.
*
Kapitalizm przekształcony w sztuczny twór państwa opiekuńczego upadł wraz ze Związkiem Radzieckim (Valerie Bugault uważa, że istnienie przeciwieństwa i konfliktu między ZSRR a Zachodnią Europą powodowało szachowanie się obu systemów nawzajem i kreowało przestrzeń wolności poglądów oraz możliwości nacisku na władze państwa) i powrócił do swojej normalnej postaci etapu starczego kryzysu, w którym kapitał już niczego nie tworzy, a tylko posługuje się tradycyjnymi narzędziami nacisku, dzięki którym pozyskuje bogactwo innych producentów i pozwala na utrzymanie – coraz bardziej chwiejne – poziomu życia w Centrum.
Wielu obserwatorów wskazuje na dziejową prawidłowość kryzysu imperium zachodniego ucieleśnionego w USA i konieczność jego upadku. Jeśli wziąć pod uwagę tylko dynamikę kapitalistyczną, to przejęcie sztafety przez byłe Peryferie wydaje się jak najbardziej racjonalnym posunięciem Ducha Dziejów – zdegenerowane w wyniku dobrobytu organizmy ekonomiczne nie są w stanie stać na czele dynamiki kapitalistycznej. Dialektycznie osiągnęły swoje apogeum i zamieniły się w swoje przeciwieństwo hamujące rozwój potencjału wzrostu. Role odwracają się w sposób naturalny – dawne Peryferie stają się Centrum, zaś byle Centrum staje się „otoczeniem niekapitalistycznym”, które pozwala na realizację zysku, niezbędnego dla dalszego dynamicznego wzrostu.
Ponieważ zostało wyczerpane „otoczenie”, dynamika kapitalistyczna wymaga odwrócenia ról. Elity dawnego Centrum usiłują oszukać Historię i przerzucić rolę „otoczenia” na podlegający ekspansji kosmos, przy okazji nie dopuszczając do zamiany miejscami z Peryferią. Dawne kapitalistyczne Centrum może się obronić tylko zachowując solidarność. Podjęcie konkurencji na wolnym rynku obejmującym Chiny czy Rosję czy innych ambitnych graczy, którzy będą się pojawiali w coraz liczniej, jeśli pierwszym odważnym uda się manewr zastąpienia dawnego Centrum, grozi niepowodzeniem. Dlatego strategia narodowych ambicji Polski w wykonaniu ekipy Kaczyńskiego jest oceniana jako nierealistyczna nawet w szeregach jego obozu. Zderzenie państw narodowych doprowadzi do katastrofy już na poziomie Europy, nie dając żadnych szans w rywalizacji globalnej.
Wynika to z faktu, że byty narodowe w ich suwerennym modelu nie daje tym bytom przewagi na starcie. A na to wygodne elity europejskie nie są skłonne pozwolić. Hegemonia USA gwarantuje ową przewagę na starcie, a więc owo oszustwo założycielskie nowego kapitalistycznego rozdania.
Lewica jest tu wspólnikiem kapitału.
*
Waga państw wschodnioeuropejskich i ich elit całkowicie upadłaby do minimum w sytuacji, gdyby pojawiła się Rosja jako gracz europejski. A więc te elity straciłyby dźwignię nacisku na administrację amerykańską. Jej zapewnienia, że są jedyną nadzieją na utrzymanie hegemonii USA na kontynencie europejskim straciłoby na wiarygodności. A to jest niezbędne ze względu na konieczność uzyskania wsparcia USA w nieuczciwej konkurencji już na scenie europejskiej. Przekonanie państw zachodnioeuropejskich, że stanowią byty cywilizowane w odróżnieniu od barbarzyńców ze wschodu kontynentu, jest podstawą utrzymania przez nie wsparcia hegemona.
Jak by nie patrzył, elity zawsze są w stanie dojść w końcu do porozumienia, jeśli tylko dogadają się co do tego, że można to zrobić kosztem społeczeństw. Ale w przypadku prawicy nacjonalistycznej jest to utrudnione o tyle, że społeczeństwa i ich poparcie są im potrzebne – przynajmniej z początku – dla skutecznej rywalizacji z innymi bytami państwowymi. Mechanizm znamy z historii. Społeczeństwa są zawsze poświęcanie na ołtarzu interesów klasy panującej.
Powiedzmy sobie szczerze, elicie nie są potrzebne masy społeczne, szczególnie w sytuacji, kiedy nie chce podjąć wyścigu kapitalistycznego, który wymaga nieuchronnie reindustrializacji. Póki co jednak, interesy państw europejskich są coraz bardziej rozbieżne. Polska klasa polityczna w wydaniu czy to ekipy Tuska, czy ekipy Kaczyńskiego, pragnie wzrostu politycznego znaczenia Polski kosztem zachodu kontynentu. Inaczej wschód kontynentu będzie skazany na rolę wiecznej wewnętrznej Peryferii Europy. Dlatego obie ekipy grają na hegemona anglosaksońskiego. Polityka wobec Rosji jest podyktowana bardziej wymogami politycznymi Wielkiej Brytanii niż USA.
W obecnej sytuacji Rosja miałaby nikłe szanse na stanie się liderem ekonomicznym ze względu na dezindustrializację Europy Zachodniej. W tej sytuacji mamy też możliwość rywalizacji między Rosją a Niemcami. Rosja pozostająca poza wspólną Europą mogła zostać zagospodarowana przez gospodarkę niemiecką w celu ugruntowania przewagi Niemiec na starym kontynencie. Jednak postkapitalistyczne społeczeństwa zachodnioeuropejskie są nastawione na obronę nie tyle swojej przewagi kapitalistycznej, co swej przewagi imperialistycznej, gwarantowanej przez sojusz z USA.
Sami przez jakiś czas po wybuchu konfliktu między Rosją a Ukrainą mieliśmy przekonanie, że Niemcy będą tu działały w kierunku podtrzymania współdziałania z Rosją, co było w interesie ich rozwoju ekonomicznego. Ta nadzieja na uspokojenie burzy wojennej z bardzo pragmatycznych powodów upadła wraz ze stanowiskiem Niemiec w odniesieniu do sprawy gazociągu Nord Stream. Wtedy Niemcy dokonały wyboru i wybrały UE oraz amerykańską hegemonię.
Inny wybór prowadziłby do nawiązania współpracy z Chinami i zagospodarowania zasobów Rosji, co postawiłoby Niemcy w sytuacji buntu wobec amerykańskiej hegemonii. Na to Niemcy się nie zdecydowały. Siła gospodarki niemieckiej ma znaczenie w ramach UE, ale już na świecie nie jest to gospodarka, która by mogła konkurować z silnymi i dynamicznymi wschodzącymi gospodarkami posiadającymi przewagę taniości siły roboczej, jej większej dyscypliny i kompetencji oraz technicznych kwalifikacji. Tak więc, ostatecznie, Niemcy nie zdecydowały się na jednoznaczny ruch. Abdykacja Niemiec daje szansę krajom, takim jak Polska.
Nie jest jednak tak, że Niemcy zrezygnowały z odrodzenia swego znaczenia. W trendzie rozpadu UE Niemcy będą jeszcze mocniej na to grały, a jeśli Rosja nie rozpadnie się do tej pory (tj. do rozpadu UE), to zwrot w relacjach rosyjsko-niemieckich może zaskoczyć naiwnych.
Niemniej, dwuznaczność pozycji europejskich i wyraźne uderzenie w interesy europejskie (w szczególności w niemieckie) spowodowane sankcjami wymierzonymi w Rosję sprawia, że zimnowojenna propaganda zachodnia traci swą wiarygodność. Dlatego UE nie zadowala się polemiką z tezami propagandy rosyjskiej, co byłoby najbardziej zgodne z wartościami demokratycznymi, ale stosuje dyktatorskie i autorytarne zakazywanie głoszenia poglądów, które kwestionują prawdy podane na wiarę przez elity europejskie. Sikorski uzasadnia administracyjną decyzję wydalenia dyplomatów rosyjskich z Polski subiektywnym oburzeniem nie opartym na racjonalnej argumentacji. Jest to zasadnicza zmiana w stosunku do sytuacji z okresu PRL, kiedy to krytyka systemu realnego socjalizmu nie napotykała na realny opór ze względu na fakt, że dla samej lewicy argumentacja rodem z XIX-wiecznego ruchu robotniczego wydawała się śmieszna. Warto sobie uświadomić, że pod koniec PRL, względnie młode kadry „komunistyczne” typu Miller, Oleksy, Kwaśniewski czy Czarzasty nie tylko nie miały wystarczającego teoretycznego przygotowania dla odpierania propagandy opozycji, ale i wewnętrznego przekonania o racjach marksizmu.
Opozycja nie jest więc przyzwyczajona do polemiki. Ma parcie na całkowitą rację wynikającą z absolutnej przewagi moralnej i nie jest zdolna do stawienia czoła równorzędnej wymianie poglądów.
Jeżeli więc minister Sikorski potępia propagandę rosyjską z pozycji bezstronnej i demokratycznej wymiany poglądów, to powinien jednak mieć odwagę przyznać, że wydalenie dyplomatów rosyjskich w niczym nie przypomina kulturalnej wymiany poglądów. Ruscy z definicji nie mają poglądów, które można by spokojnie przedyskutować. A to już jest pogląd zakrawający na rasizm, a przynajmniej na dyskryminację Innego. Nie trzyma się kupy argument, że Rosja wspiera swoje argumenty merytoryczne argumentem siły. Kto tego nie robi, niech pierwszy rzuci kamieniem…
Rosja wyczerpała wszystkie metody nacisku na politykę współpracy na zasadach przydupasa wobec Zachodu, co jest jedyną dostępną dla burżuazji kompradorskiej opcją. Przyzwolenie na rozpad Rosji, całkiem wyobrażalne w odniesieniu do elity rosyjskiej, stało się bezprzedmiotowe ze względu na brak oferty, kto przejmie masę upadłościową. Zabrakło decyzji Niemiec, z powodów jak wyżej.
W tym samym duchu pełnej hipokryzji brzmi tyrada Sikorskiego o „flocie złomu”, której sankcjonowanie wynika – jak się zdaje sugerować Sikorski – bardziej z troski o ekologię mórz i oceanów niż z wojny ekonomicznej wydanej Rosji. Tu nawet nie ma wojny ekonomicznej, to jest próba całkowicie bezinteresownego zaduszenia gospodarki rosyjskiej ze względu na niebezpieczeństwo, że po masę upadłościową sięgną Chiny. W tej atmosferze egzaltacji i moralnego wzburzenia nie ma miejsca na postawienie pytania o to, czy nie można by starać się wprowadzić Rosji spokojnie i taktownie na poziom demokratycznego savoir-vivre’u, wskazując jej na korzyści wynikające ze współpracy z UE, zamiast z konkurowania z nią o obszary wpływu. Szczególnie, że oczekiwania Rosji po upadku ZSRR szły właśnie w tym kierunku, zaś Putin przez długi czas ponawiał upokarzające dla Rosji petycje w sprawie ewentualności przystąpienia do Unii czy do NATO. Ale wówczas szczególnie aktywnie przeciwdziałały temu trendowi grupy polityków z Europy Wschodniej, w tym z Polski, dla których integracja Rosji w strukturach zachodnich byłaby jednoznacznym usunięciem na boczne tory.
Ale, jak pokazaliśmy wyżej, Europa nie ma polityki konstruktywnego wyjścia z kryzysu, w jakim postawił ją kryzys imperium amerykańskiego.
Wejście Rosji wraz z innymi państwami posocjalistycznymi i poradzieckimi do struktur europejskich przedłużyłoby status drugorzędności krajów wschodnioeuropejskich. Ich waga jest wprost proporcjonalna do wrogości wobec Rosji i trzymania Rosji na dystans. Widzimy więc, w czyim bezpośrednim interesie jest trzymanie Rosji na dystans.
To, że propaganda nurtu politycznego, do którego należy Sikorski nie przekonuje przeciwnej strony sceny politycznej nie dziwi, ponieważ populistyczna prawica musi do pewnego chociaż stopnia odzwierciedlać interesy tej części społeczeństwa, które korzystając z chwilowych przywilejów wynikających z przynależności do UE nie jest ślepe na to, że w perspektywie te przywileje prowadzą do likwidacji kolejnych sektorów gospodarki, nie zatrzymując się tylko na dawno odpuszczonym przemyśle wielkim.
Dalej min. Sikorski opowiada propagandowe bajki w odniesieniu do „demokratycznych” ingerencji UE w proces wyborczy w Mołdawii, co stanowi żałosną próbę konfabulacji w braku rzeczywistej argumentacji w sytuacji monopolu indoktrynacyjnego.
Sikorski nie waha się rozgrywać karty Ukrainy w UE, choć na pewno wie, że dla UE Ukraina nie jest szansą, ale kosztem. Ukraina została już podzielona między największych, globalnych kapitalistów zanim jeszcze skończyła się wojna na jej terytorium. To jest wydarzenie, które było marzeniem elit rosyjskich i marzeniem „postkomunistycznych” elit wschodnioeuropejskich. Ukrainie udało się stać 51. stanem USA. Ten fakt gwarantuje, że po wojnie Ukraina nie będzie miała statusu, jaki miały kraje Europy Wschodniej, a mianowicie kraju zasilanego przez Unię. To będzie gospodarka w stanie pełnego rozbioru, takiego samego, jaki czekałby Rosję, gdyby miała zostać zintegrowana z Unią (ku ukontentowaniu burżuazji kompradorskiej). Ukraina to za duży kraj, aby mogła być samodzielnym podmiotem w ramach UE. W tym sensie, jeśli Ukraina chce być w strukturach europejskich, to może się tu znaleźć tylko po swoim rozbiorze. Inaczej stanowiłaby analogiczne zagrożenie dla Unii, jak Rosja, z zachowaniem proporcji, oczywiście. Głównie dla krajów ościennych. Zresztą widać to już bardzo dobrze, kiedy przywódcy Ukrainy nie kryją się ze swoimi roszczeniami wynikającymi z prowadzenia wojny „w obronie Europy”.
Te roszczenia zagrażają polskim ambicjom, albowiem kreują Ukrainę na rywala w wyścigu do anglosaksońskiej łaski. Wojna i faktyczne rozbiory Ukrainy niweczą te plany ukraińskich nacjonalistów i dają szansę Polsce. Polska nie została wchłonięta przez USA, ma szansę zastąpienia Rosji i ewentualnie Ukrainy w liderowaniu Europie Wschodniej. Przynajmniej taka jest gra naszych patriotycznych elit.
*
Z prezentacji gospodarczych osiągnięć Polski w ramach UE przez Sikorskiego najbardziej wbija się w pamięć nadzwyczajna szansa, jaką ma Polska jako dostarczyciel uzbrojenia dla Ukrainy. W tym obszarze wpływy do budżetu polskiego wyglądają imponująco, co jednak ukazuje drugie dno zaangażowania Polski w tę wojnę i to, że przeciąganie wojny stanowi najpewniejsze źródło wpływów budżetowych Polski. Nowoczesne technologie są zagrożone przez konkurencję ze strony państw azjatyckich, co prowadzi do wsparcia tezy o konieczności trzymania się amerykańskiej hegemonii, jeśli chcemy skutecznie konkurować z innymi. Amerykańska hegemonia odwołuje się do argumentów z czasów Al Capone, a do tego ma środki, których nam brakuje. Na uczciwą konkurencję chyba już nikt nie liczy? Zabrakło naiwnych…
Sikorski zachwalając ukraińską przedsiębiorczość w Polsce całkowicie pusto zapewnia, że „w czasach pokoju ich udział [przedsiębiorców ukraińskich] jeszcze wzrośnie”. Prawica suwerenistyczna obawia się, z kolei, że przedsiębiorczość ukraińska będzie odgrywała rolę dźwigni obcego kapitału w polskiej gospodarce. Wszystko zależy od tego, na ile polskiej gospodarce uda się ograć wspólnotę interesów europejskich.
Jakby na ironię w następnym akapicie Sikorski wychwala „modernizację Polski przez UE”, co wyraziło się w likwidacji postsocjalistycznego przemysłu mogącego stanowić konkurencję dla dezindustrializującej się zachodniej Europy. W efekcie gospodarka polska stała się dodatkiem do gospodarki niemieckiej, a obecnie nadzieją na jej odrodzenie są wzmożone zbrojenia.
Sikorski dalej wyrokuje, że Rosja „przegrała swoje kolejne szanse na demokratyzację i modernizację”. Niby kiedy? Przecież nie w czasach Jelcyna, które są oceniane jako jedyny w historii tego państwa okres demokracji i pełnego liberalizmu. Co wtedy nie pasowało i komu? Zachód był zachwycony, Niemcy zabrali się za integrowanie gospodarki rosyjskiej do gospodarki europejskiej. Rosja w ramach modernizacji (wzorem demoludów) dezindustrializowała się w szybkim tempie budząc wśród ludu pracującego miast i wsi nieutuloną nostalgię za czasami radzieckimi (zresztą analogicznie do nastrojów w społeczeństwach posocjalistycznych). Niemniej, polityczna elita Polski i innych bałtyckich tygrysów nie dała się nabrać na te pozory i ostrzegała Zachód przed rosyjskim niedźwiedziem. Dlaczego? Przecież to był okres najbardziej sprzyjający zbliżeniu, okres pełnej demokracji rozumianej przez Zachód jako pełne poddanie się jego hegemonii. Nie bez kozery po pierwszej dekadzie Putina, kiedy nastąpiło bolesne przebudzenie i zrozumienie, że Zachód nie przyjmie Rosji do swego ekskluzywnego grona, Europa mogła nareszcie odczuć gniew Rosji jako wyzwanie. Gdzie była polska elita lat 90-tych, która powinna była przekonywać Zachód, że Rosja nigdy nie była tak blisko ideałom demokracji, jak wówczas i że to się nie ma szansy powtórzyć. Należy więc korzystać z momentu i integrować Rosję, póki nie zintegrują jej inni.
Ale ani liberalna opozycja, ani „postkomuniści”, którzy wówczas święcili tryumfy polityczne w wyniku rozczarowania społeczeństwa tym, co przyniosła mu transformacja, nie uważali integracji Rosji za coś koniecznego i za własny interes. Wręcz przeciwnie, jak pisaliśmy wyżej, Rosja byłaby rywalem w ramach Unii.
Niedoskonała, jaką była współpraca w ramach obozu wschodniego i RWPG, to jednak była alternatywa wobec integracji zachodnioeuropejskiej. A raczej, to reakcją na obóz wschodni była wspólnota europejska. Nie ma ona sensu w momencie, kiedy rozpada się wyzwanie, które ją zrodziło. To są słabości systemu kapitalistycznego, więc nie ma najmniejszej szansy, aby Sikorski mógł coś tu dostrzec. To by wymagało politycznej przenikliwości, niemożliwej w warunkach ideologicznego zaślepienia.
Nie wiadomo, skąd Sikorski wziął swoje obliczenia, że „gdyby Moskwa nie rozpętała wojny w 2014 r., jej PKB byłby dziś większy nawet o 20%. Nie byłoby problemów z dostępem do siły roboczej, a Moskwa nie musiałaby ratować się uzależnieniem od Chin”. Bo nie byłoby sankcji europejskich? Wzrost gospodarki rosyjskiej wymagałby tak czy inaczej rynków zbytu, a naturalnym terenem ekspansji Rosji byłaby UE. Ta ekspansja byłaby interpretowana jako imperializm. Zmiana kierunków ekspansji Rosji na kraje np. afrykańskie również została zinterpretowana przez Europę jako naruszenie jej odwiecznych i świętych posiadłości kolonialnych. Każde polepszenie sytuacji ekonomicznej, jak dobitnie i wyczerpująco wskazuje przykład Chin, jest odbierane przez odchodzące Centrum kapitalistyczne jako otwarta wojna. Tu nie ma miejsca na planowy podział pracy w skali globalnej. Sikorski udaje, że tego nie rozumie.
*
Najważniejszym elementem przemówienia Sikorskiego jest jednak zaskakująco wyraźne ujawnienie stawki, na jaką gra Polska w obecnej sytuacji. Cała rzecz polega na rozstrzygnięciu, kto będzie filarem „nowego globalnego układu sił. Czy będzie to Rosja czy Unia Europejska?” Oczywiście, w całkowicie jasnym kontekście, że głównym filarem pozostają Stany Zjednoczone. Obok nich Sikorski stawia Chiny, a miejsce na podium, acz ostatnie jest przedmiotem walki między UE a Rosją.
Abstrahujemy od tego, że USA dążą do złamania drugiego filara, jakim są Chiny. Doświadczony polityk jak Sikorski nie powinien abstrahować od sytuacji, która determinuje polityczną sytuację świata, ale mniejsza. Jaki polityk, taka polityka… Polityka hegemona narzuca metody działania podążającym za nim. Sikorski uważa, że USA mają pełne prawo do utrzymania Chin na drugiej pozycji, mimo że potencjał ekonomiczny Chin wysuwa je na pierwsze miejsce. Mimo że zastąpienie niewydolnego podmiotu ekonomicznego przez podmiot znajdujący się w pełni dynamiki jest drogą do zachowania i przedłużenia życia systemowi kapitalistycznemu, którego nie jest w stanie podtrzymać postindustrialny Zachód.
Mniejsza.
Ważne, że mimo udawanej troski o 20% rosyjskiego PKB, Sikorski ujawnia, że bardziej niż ubolewa nad słabością Rosji, boi się jej siły. Kapitalizm jest grą o sumie zerowej, zdaje się mówić cała ta sytuacja. Jeśli Rosja stanie się trzecim filarem międzynarodowego ładu, to nie będzie nim Unia Europejska. Ale UE jest obszarem postindustrialnym i nie ubiega się o zaszczyt bycia trzecim filarem, tylko o przywilej kontynuacji pasożytowania na pracy produkcyjnej Peryferii.
Z planów Sikorskiego wyłania się ambitny plan przekształcenia obszaru europejskiego w pole działania polskiej racji stanu. Niemcy i Rosja zostały zneutralizowane. Ukraina też została zneutralizowana. Polska ma szansę stać się czynnikiem polityki anglosaksońskiej na terenie Unii, ponieważ to miejsce zwolniła Wielka Brytania.
*
Wychodzi więc na to, że Rosja musiała być odrzucona przez Europę, ponieważ to mogłoby ją wzmocnić i dać jej szansę stać się trzecim filarem ładu światowego obok USA i Chin. Dlaczego nie mogło być tak, żeby Europa wraz z Rosją stanowiłaby ów filar? Sprawa jest całkowicie jasna. Ponieważ wówczas filar chiński wyeliminowałby filar amerykański.
Dlatego interesem wspólnej hegemonii świata zachodniego było wyeliminowanie Rosji z rozgrywki o bycie „trzecim filarem”. I nic tu nie zmieniają lamenty o braku demokracji w Rosji, o jej wojowniczości rzekomej czy prawdziwej. Rzekoma czy prawdziwa wojowniczość USA upostaciowana w osobie jej obecnego prezydenta, który rozpętuje nowe konflikty wojenne i specjalne operacje wojskowe w imię poszukiwania pokoju (i nagrody w postaci pokojowej nagrody Nobla). USA kierują się tylko polityką utrzymania swojej pozycji pierwszego i najważniejszego filaru ładu światowego, do czego ma tytuł wynikający z konstelacji gwiazd i dlatego nie musi się przejmować faktem, że dynamika systemu kapitalistycznego przeniosła się do Chin. Uratowanie kapitalistycznego sposobu produkcji wymaga zwycięstwa Chin w tej rywalizacji, ale USA stawiają swoją pozycję hegemoniczną ponad interesy kapitalizmu jako takiego.
Tak czy inaczej, zdezindustrializowana Europa nie ma szans na pozycję „filara” kapitalistycznego porządku. Może to być inny porządek, porządek wasala imperialistycznego Centrum, z czego elity (ale już nie społeczeństwa) będą czerpać korzyści materialne. Sikorski zdaje sobie z tego sprawę i jako polski (imperialistyczny) patriota, usiłuje wykorzystać upadek UE dla wzrostu wagi swojego kraju. Powodzenia w tej konkurencji.
Stworzenie obszaru polityczno-ekonomicznego obejmującego kontynent euroazjatycki zmusza do zmiany strategii gospodarczej, głównie dzięki wkroczeniu krajów Globalnego Południa i ich oczekiwaniom idącym w kierunku współpracy, a nie konkurencji. Tymczasem Sikorski wiąże Polskę z zadaniem utrzymania hegemonii anglosaksońskiej i światowego systemu finansowego, które mają utrzymać dotychczasowy system wyzysku stale tych samych regionów świata. Wcale nie znaczy to, że Rosja czy Chiny są ogarnięte socjalistycznym zapałem. Niemniej, ich walka o hegemonię oznacza wyzwolenie sił Globalnego Południa, co prowadzi do uwolnienia potencjału uzgadniania interesów. Sytuacja jest inna niż na początku ery kapitalistycznej, gdzie europejski imperializm mógł spokojnie traktować resztę ludzkości jako faunę lokalną, a obszary kolonizowane jako niezamieszkałe przez rasę ludzką.
Sikorski mówi szczerze, że „w świecie, gdzie o wszystkim decyduje siła i pieniądze, nie ma miejsca na prawdziwe sojusze”. To prawda, szczególnie tam, gdzie wyznaniem wiary pozostaje maksymalizacja zysku. Kraje takie jak Polska, które nie są samodzielnymi podmiotami światowej polityki (muszą być uwikłane w interesy wyższego poziomu), muszą grać, tak jak dyktuje przyjęty interes hegemona. Nie ma co oczekiwać uczciwości w odniesieniu do przeciwnika. Pozycja małego państwa, które dobija się co najwyżej statusu lokalnego lidera, bo nie hegemona, usprawiedliwia matactwa i hipokryzję obliczone na zabezpieczenie sobie wygodnego i możliwie najlepszego miejsca. Sikorski kłamie w sprawie propagandy, w sprawie demokratycznego uzasadnienia dla kneblowania ludzi o odmiennych poglądach, ponieważ nie widzi dla Polski innej drogi, jak tylko droga podporządkowania hegemonii USA, które ma wspomagać Unia Europejska, oczekująca wynagrodzenia za lojalną i wierną służbę. Jeśli UE nie ma ambicji suwerenności gospodarczej, to tym bardziej Polska. A w tej sytuacji samo istnienie Rosji jest zagrożeniem egzystencjalnym.
Nie potrzeba do tego ambicji imperialnych FR.
Można więc wyczytać z przemówienia Sikorskiego ambicje, które nawet przewyższają ambicje Kaczyńskiego w odniesieniu do Polski. Z naszego punktu widzenia jest to polityka anglosaksońskiego imperializmu oraz polityka klasowego poddaństwa.
*
Jednak twierdzenie Sikorskiego, że Polska bez wsparcia UE jest bez szans wobec ewentualnych ambicji imperialnych Rosji najlepiej dowodzi, że wiernopoddańcza polityka ekipy Tuska-Sikorskiego wobec UE wynika z realistycznej oceny naszych autonomicznych możliwości.
Dla Kaczyńskiego, wsparcie amerykańskie mogłoby zadecydować o realizmie polskich, hegemonicznych ambicji idących wszak przeciw nastrojom i ambicjom krajów znajdujących się na tym obszarze. W pewnym sensie Rzeczpospolita opiera się na tym samym projekcie imperialnym, co projekt imperium carskiego, tyle że polska anarchia szła bardzo pod prąd tendencjom monarchii absolutystycznej, niezbędnej dla zbudowania silnego państwa, zdolnego sprostać wymogom takiego przywództwa.
Projektowi Kaczyńskich bruździ jeszcze jeden czynnik, wcześniej nieistniejący. Chodzi o pozycję Ukrainy. Obecnie, jak widać to po trudnych wzajemnych relacjach, mimo łączącej wrogości wobec Rosji, Ukraina wysuwa się na plan pierwszy jeśli chodzi o zastąpienie Rosji w charakterze regionalnego hegemona. Staje się pod tym względem zdecydowanym rywalem Polski. Dlatego projekt Kaczyńskich stracił grunt pod nogami. Ukraina wysunęła się na plan pierwszy w charakterze anty-Rosji, usuwając Polskę z zajmowanego przez nią przez stulecia piedestału. Jednocześnie Polska okazała się osamotniona w ramach Grupy Wyszehradzkiej, albowiem składające się na nią państwa nie prezentują zoologicznej postaci rusofobii i znajdują siłę i odwagę, aby zademonstrować własną podmiotowość w ramach UE.
Wygląda na to, że ekipa PO/KO wyciągnęła z tego wnioski. Polska nie ma szans na panowanie nad częścią wschodnią kontynentu europejskiego, a więc i na samodzielność podmiotową na scenie politycznej. Samodzielność polityczna Polski poza UE, przy założeniu, że Polska wypchnie Rosję z europejskiej wspólnoty, natyka się na kolejny problem, a mianowicie na problem Niemiec. Dla Niemiec, które swój los związały z panowaniem kulturowym, militarnym, ekonomicznym i politycznym nad Europą, wraz z Europą Wschodnią jako zapleczem dla mocarstwowości Niemiec wobec Europy Zachodniej, Ukraina jest atrakcyjnym satelitą, z którym wiążą je więzy wspólnej niechęci do Rosji, a przy okazji i do Polski.
*
Relacje między Europą Wschodnią a Europą Zachodnią są oparte na aksjomacie, że cywilizacja zachodnia kończy się Odrze. Unia Europejska jest konstruktem, którego celem nie jest przyłączenie terenów poza niemiecką rubieżą do swojego centrum, ale zneutralizowanie, tak aby nie stanowiły uszczuplenia bogactwa Zachodu. Stosunek Europy Zachodniej do Europy Wschodniej jest analogiczny do niemieckiego – to jest Hinterland gospodarki europejskiej, bufor dający poczucie bezpieczeństwa i komfortu wśród barbarzyńskiej dżungli większości obszaru naszego globu.
Sikorski mówi o tym, że UE daje szansę na wzrost ekonomiczny i że Wielka Brytania wraz z Brexitem doznała spadku gospodarczego. Jednak Sikorski nie bierze pod uwagę faktu, że obecność Wielkiej Brytanii w UE była od początku pewnym zgrzytem. Brytania nigdy nie zdecydowała się przyjąć euro. Brytania nie pasuje do kontynentalnego charakteru systemu europejskiego i stanowiła coś w rodzaju anglosaksońskiego konia trojańskiego w łonie Unii. Wielka Brytania, jak wszelkie mocarstwa morskie, jest nastawiona na ekspansję na zewnątrz, a nie na prowadzenie uzgodnionej, wspólnej polityki ekonomicznej. Szczególnie w sytuacji, w której warunki działania są ustawione pod Niemcy i ich gospodarkę.
Koncepcja polityczna Sikorskiego stanowi jakby kontynuację polityki anglosaksońskiej w łonie UE. Polska nie ma takiego potencjału ekspansywności, jak Wielka Brytania, niemniej poprzez podpinanie się pod politykę anglosaksońskich hegemonów współczesnego imperializmu, Polska usiłuje przesunąć UE na tory polityki „morskiej” w sensie geopolitycznym. W pewnym sensie, megalomańsko Sikorski usiłuje przedstawić w zakamuflowany sposób korzyści, jakie Polska może odnieść z przynależności do UE. Odrzucając ambicje suwerenistyczne prawicy narodowej, Sikorski niedwuznacznie wskazuje na oczywiste spotęgowanie możliwości gospodarki polskiej na rynku międzynarodowym. Oczywiście, polska gospodarka ma też ambicje przyczyniać się do wzrostu gospodarki unijnej. W mechanizmie kapitalistycznym oznacza to jednak konkurencję o potencjał ekonomiczny wśród sojuszników. Przypominamy, że UE w pierwszym odruchu zadbała o to, aby kraje nowoprzyłączone z powodów czysto politycznych zostały zneutralizowane gospodarczo, w tym Polska. Liczenie na to, że polska gospodarka będzie miała szansę rozwijać się bez przeszkód w ramach przyjaznych gestów Francji, Włoch czy Hiszpanii, a przede wszystkim Niemiec, to nie liczenie się z mechanizmami kapitalistycznej ekonomii. Grecja, na przykład, nie miała szans.
Mechanizm UE jest oparty na kapitalistycznych regułach gry, a nie na socjalistycznych. Wbrew powoływaniu się Ursuli von der Leyen na Spinelliego. Rację ma Sikorski, który fundamenty UE widzi raczej w polityce chadeckiej, wykorzystując to przeciwko bogobojnym okopom Świętej Trójcy spod znaku Kaczyńskiego.
Nawet zdecentralizowana rynkowa gospodarka socjalistyczna byłej Jugosławii okazała się bezsilna wobec separatyzmów narodowościowo uzasadnianych. Co dopiero w ramach otwartego kapitalizmu…
Nadzieje Sikorskiego na szanse dla Polski opierają się na projekcie wykorzystania Unii jako trampoliny dla ekspansji na zewnątrz. Dlaczego nie na wierze we wspólny rozwój, stabilny i zrównoważony w łonie samej Unii? Ponieważ stabilny i zrównoważony rozwój UE jako takiej, jako całości, jest perspektywą niemiecką i może się rozwijać w ramach scalającej gospodarki niemieckiej. Klasa polityczna Niemiec jednak odwróciła się od tego zadania i postawiła na koncepcję anglosaksońską, która jest dla UE początkiem końca.
Jakby nie patrzył, tendencje odśrodkowe w Unii są już obecne i nabierają znaczenia. Nawet prounijna polityka ekipy Tuska jest w gruncie rzeczy koniem trojańskim, jakim była niegdyś obecność Wielkiej Brytanii, czuwającej nad podporządkowaniem Unii polityce amerykańskiej hegemonii.
Polityka Tuska-Sikorskiego i Kaczyńskiego są więc ukierunkowane na ten sam cel: wybicie się Polski na podmiotowość polityczną i ekonomiczną wbrew UE, która pozostaje strukturą zamkniętą w swej kontynentalnej megalomanii i poczuciu bycia pępkiem świata. W ramach Unii pod przywództwem Niemiec, Polska nie ma szans na wybicie się na samodzielność. Jednak osłabienie Niemiec przy politycznej niemocy Francji i pogubieniu się pozostałych ważnych graczy europejskich daje Polsce szansę na przewodzenie procesowi rozkładu UE. Już nie projekt zastąpienia Rosji, ale projekt zastąpienia Niemiec wyłania się z postawienia na anglosaksońskiego konia.
Jednym słowem, UE w warunkach totalnej infantylizacji europejskiej polityki, gdzie decydujący głos mają „bałtyckie emiraty”, sprzyja polskim ambicjom wykorzystania Unii jako zaplecza dla własnej ekspansji. Unia jest potrzebna jako narzędzie nacisku na rynek międzynarodowy, może służyć jako zaplecze dla zbytu polskiej produkcji, na którą jednak, póki co, nie ma pomysłu. Polska nie wychodzi poza ramy postkapitalistycznej ekonomii i zasadniczym elementem jej dynamiki gospodarczej jawią się inwestycje w przemysł wojenny. Europa Zachodnia staje się powoli tym, co nazywamy „przestrzenią”, a mianowicie obszarem niby zaludnionym, ale pozbawionym polityczności. To powoduje, że zyskują koncepcje ekspansji kolonialnej, które wzmacniają się początkowo na najbliższym geograficznie obszarze. Podporządkowanie się drapieżnej polityce mocarstw „morskich” daje Polsce szansę stania się kontynentalną Wielką Brytanią.
Niemniej, prawica suwerenistyczna w Europie Zachodniej czuwa i nie jest prawdopodobne, że Polska zdoła wykorzystać marazm polityczny i infantylizm elit zachodnich dla realizacji tego ambitnego planu. Gra jest o tyle ryzykowna, że grozi Polsce kolejne w historii starcie z mapy.
*
Kapitał rosyjski chce tylko tego samego, co oligarchia zachodnioeuropejska – pomnażać zyski bez konieczności zajmowania się jakąś nadzwyczajną przedsiębiorczością. Niestety, bogactwa, jakie można w ten sposób pozyskiwać są ograniczone, co sprawia, że konieczne jest eliminowanie potencjalnych konkurentów wedle jakiegoś kryterium, może być narodowe.
W tym kontekście, powoływanie się na „porządek międzynarodowy oparty na zapisach Karty Narodów Zjednoczonych, zwłaszcza na poszanowanie suwerenności, integralności terytorialnej oraz zakaz użycia siły” zakrawa na szczególną hipokryzję. Przykładów „poszanowania” Zachodu dla tych wartości chyba nie ma konieczności przywoływać.
Jak powtarza Sikorski jako refren swego wystąpienia: „współpraca międzynarodowa (…) jest koniecznością”. A czy USA chcą współpracować z Chinami czy z Rosją? Czy są zainteresowane współpracą z Europą? USA proponują „współpracę”, ale potem jak narzucą warunki owej współpracy faworyzujące ich interesy. W imię sprawiedliwości i nie wykorzystywania przewagi osiągniętej w międzyczasie, kiedy to Zachód nie spostrzegł skutków swej dezindustrializacji. Hegemonia zachodnia wymaga, aby nowouprzemysłowione Chiny zrzekły się swojej przewagi, bo USA się głupio zagapiły i uległy ideologii postindustrializmu opartej na imperialistycznym wyzysku Peryferii. Należy więc uczciwie wrócić do sytuacji utraconej przez Zachód, a polegającej na tym, że Peryferie znowu będą goniły i nigdy nie doganiały ustalonego z góry wygranego.
Europa i Polska Sikorskiego chce uczestniczyć w tej ponurej farsie.
Kiedy Sikorski mówi, że UE „zaczyna realizować nasze postulaty”, w tym w sprawie migracji czy „w relacjach z Rosją, sięgając po stanowcze środki, w tym obronne”, to niechcący przyznaje, że to Polska i kraje bałtyckie głównie lobbowały od początku na rzecz wstrzymania procesu normalizacji stosunków z Rosją, i że nie było to opcją w żadnym momencie. Co więc z tymi „straconymi szansami Rosji”? Szanse Rosji, to przegrana Sikorskiego i Kaczyńskiego w nie mniejszym stopniu.
Jeżeli istniała opcja zachodnioeuropejska na normalizację stosunków z Rosją, to należy pamiętać, że sabotowały ją Stany Zjednoczone od początku i Polska od początku. Warunki stawiane Rosji spychały ją coraz bardziej w niebyt państwowy, ponieważ anarchia oligarchów (szczyt demokracji z zachodniej perspektywy) prowadziła do zapaści społecznej (co nie jest sprzeczne z demokracją burżuazyjną, ale bywa użyteczne z pozycji szans „kolorowych rewolucji”). Rosja kapitalistyczna nie miała i nie ma wielu opcji zachowania, więc też i wybór miała ograniczony. Wybór Niemiec, aby podporządkować się USA zniweczył ostatnie nadzieje Rosji na współpracę kapitalistyczną z Europą, gdzie Rosja grałaby rolę protektoratu niemieckiego i dostarczyciela tanich surowców. Obecnie o ten status ubiega się Ukraina, nie mając szans na równoprawne członkostwo w UE.
*
Wreszcie, coś w czym można się zgodzić z Sikorskim.
„Co przyniósłby rozpad Unii? Nieograniczony, narodowy egoizm, o którym niektórzy (…) marzą. (…) egoizm jednych zderzyłby się z egoizmem innych”.
To jest właśnie ta ewentualność, której nie biorą pod uwagę prawicowi suwereniści, a która jednak wydaje się prawidłowo zdiagnozowana przez Sikorskiego. Europa nie ma już możliwości przenoszenia swoich konfliktów na inne kontynenty. Małe gospodarki narodowe nie są w stanie skutecznie rywalizować na rynku światowym. Przewagę na tym rynku może zapewnić tylko przewaga militarna USA, a reszta sfory będzie już tylko korzystała z łupu przestrzegając hierarchii. Suwereniści mogą więc oglądać się na Rosję, która zapewnia zaopatrzenie i spory zbyt, a jednocześnie dzięki temu może dać szansę owym europejskim gospodarkom w wyjściu na świat.
Nie jest wykluczone, że konserwatywna rewolucja w gospodarce da powrót do gospodarki nawiązującej do okresu przedkapitalistycznego, co może współgrać z tendencjami w krajach nowouprzemysłowionych. Póki co, parasol opieki rządowej nad przemysłem w nowych krajach daje możliwość autokratycznego ograniczenia kapitalistycznej samowoli i pogoni za zyskiem bez względu na wszystko inne.
Nie wiadomo.
Sikorski wskazuje na zagrożenie dla Polski ze strony spuszczonych ze smyczy wspólnoty europejskiej Niemiec. Rysuje wizję Polski w obliczu „uzbrojonych po zęby Niemców, dodatkowo rządzonych przez prawicę”. Tak więc, Sikorski całkiem prawidłowo czuje, że żywioł partykularnych interesów w słabej i upadłej UE byłby dla Polski niebezpieczny. Tym bardziej nie było możliwe dopuszczenie do dania Rosji jakiejkolwiek szansy, ponieważ sojusz Rosji i Niemiec byłby tu jednoznacznym wyrokiem dla Polski. Polska potrzebuje UE nie ze względu na jakieś wartości. To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Rozpad Unii w obecnej sytuacji byłby dla Polski dramatyczny. Problem w tym, że Unia tak czy inaczej się rozpada. Próby powstrzymania tego rozpadu prowadzą do konieczności wzmacniania totalitarnych metod rządzenia i potęgowania zagrożenia wojennego. Z drugiej strony, rozpad Rosji powoduje, że USA tracą już całkowicie zainteresowanie tym, aby Europa się utrzymała jako przeciwwaga dla Rosji.
Dla Sikorskiego sprawa jest jednoznaczna: „Wybiła godzina Europy. Albo będziemy zjednoczeni, albo zjedzą nas więksi”. W przeciwieństwie do PiS, Sikorski nie robi sobie złudzeń na temat ewentualnej potęgi Polski w sytuacji upadku Unii i nastania epoki suwerennych państw narodowych. Jego postawa jest nastawiona na współpracę wewnętrzną, co jest o tyle niepewne, że chęć do współpracy jest zmienna w zależności od poczucia siły ewentualnego partnera. Na pewno jednak postawa Sikorskiego jest konfrontacyjna na zewnątrz. Jedność może utrzymać tylko poczucie zagrożenia z zewnątrz.
Sikorski przytacza pozytywy pozycji niesuwerennej: „Polska uciekła spod wpływu brutalnego hegemona – Rosji, do obozu hegemona przyjaznego – Stanów Zjednoczonych”, ale nie łudzi się co do miejsca pod butem hegemona. Przynależność do kręgu hegemona przyjaznego ma swoją cenę, a jest nią gotowość na zaangażowanie w walkę o utrzymanie przez hegemona jego pozycji hegemonicznej. I to robi Sikorski. Polityka UE powinna być gotowa na zwalczanie rywali i konkurentów stawiających wyzwanie hegemonowi. Pojawienie się Chin jako zagrożenia dla amerykańskiej hegemonii musi być zwalczane niezależnie od tego, czy moglibyśmy się znaleźć i jak w nowym otoczeniu, w nowym kręgu hegemonicznym. Sikorski podkreśla priorytety Ameryki Trumpa: „ochrona własnego terytorium , zachodnia półkula oraz region Indii-Pacyfiku”. Priorytety i cele wojenne wybiera hegemon, Polska musi się podporządkować.
Dzięki zbrojeniom, których wagę podkreślał Sikorski, „polski wkład do wzrostu unijnej gospodarki w tym roku będzie większy od wkładu Niemiec czy Francji”. Dostrzega jednak zagrożenia dla gospodarki polskiej – zaopatrzenie w surowce i technologie. Trzeba więc „temu zaradzić, tworząc koalicje z Amerykanami, partnerami z Europy oraz z innych kontynentów”, bo, jak niezmiennie przez całe przemówienie podkreśla: „współpraca daje przewagę”.
Tylko nie z Rosją.
*
Korzyści z przynależności do UE dla takiego kraju, jak nasz, nie wynikają ze wzrostu potencjału przemysłowego, ale z udziału w globalnym systemie finansowym, który przynosi korzyści z wyzysku podporządkowanych regionów świata. Pomysł prawicy narodowej, że Europa ma podjąć walkę o wolne rynki światowe jest ryzykowny. Zawsze może się nie udać. Prawica nie bierze pod uwagę faktu, że łatwy zysk ze spekulacji finansowej ma zawsze przewagę nad wysiłkiem produkcyjnym, o ile tylko jest zabezpieczony siłą militarną. Stawianie na indywidualne gospodarki narodowe pozbawia kraje Europy wspólnego parasola ochronnego, dającego przewagę w stosunku do reszty świata. Ponadto jest brzemienne w wojnę między konkurentami europejskimi. Nie ma już bezbronnego otoczenia gotowego przynieść rozładowanie konfliktów wewnątrzeuropejskich. Hegemonia amerykańska na świecie daje Europie możliwość działania gospodarczego na warunkach preferencyjnych, wynikających z przynależności do imperialistycznego Centrum.
Warunki preferencyjne nie mogą obejmować wszystkich z definicji. Im mniejsze jądro Centrum, tym większe przywileje. Integracja Rosji z UE byłaby uszczupleniem naszych przywilejów, co w sytuacji likwidacji naszego przemysłu postpeerelowskiego oznaczałoby zmianę naszego obszaru w bantustan dla Europy Zachodniej.
*
Ważne, aby zrozumieć, w jakim kierunku idą zmiany na świecie. Warunkiem efektywnej ekspansji kapitalizmu europejskiego było naturalne traktowanie reszty świata jako „przestrzeni”, a nie jako regionów znajdujących się w kręgu różnorodnych cywilizacji i kultur. Przeszliśmy przez etap kolonizacji, potem nastała epoka dekolonizacji, w trakcie której wykształciły się elity w krajach dawniej skolonizowanych i które dążyły do asymilacji w ramach cywilizacji zachodniej.
Wraz z dezindustrializacją Zachodu, upadkiem alternatywy socjalistycznej i przejściem Peryferii do uprzemysłowienia kapitalistycznego typu, przed Zachodem pojawiła się groźba utraty znaczenia w skali globu. Dynamika kapitalizmu jest nie do zahamowania, a więc pojawia się naturalna groźba pojawienia się nowego Centrum kapitalistycznego, nowego wykluczenia, nowej stygmatyzacji jako Peryferii, tym razem obszarów, które uważają się od zarania za cywilizację wyższą.
Jeśli więc trudno nam zrozumieć, dlaczego Zachód hamuje konsekwentnie wspinanie się nowych podmiotów politycznych po drabinie zachodniego postępu, dlaczego USA prowadzą wojny, które są przez „progresywną” lewicę chwalone za deklarowany cel krzewienia demokracji (bez rozwoju ekonomicznego jednak!), ale w istocie okazują się narzędziem trwałej destabilizacji, to dlatego, że nie bierzemy pod uwagę opisanego wyżej zdroworozsądkowego interesu własnego Zachodu.
Prawdziwym celem Zachodu w tych wszystkich operacjach zmiany rządu czy reżymu idzie o przekształcenie tych terenów dotychczasowej Peryferii w „przestrzeń” pozbawioną pretensji do polityzacji.
Rzecz idzie więc o odtworzenie struktury świata sprzed podboju Ameryki przez Kolumba – poza Europą nie ma obszarów zamieszkałych przez pełnoprawne istoty ludzkie. Podbój odbywa się na zasadzie reguł stanowionych przez kolonizatorów, a nie na zasadzie jakiegoś prawa międzynarodowego, które wówczas dotyczyło wyłącznie cywilizowanej Europy i to w sposób ograniczony.
Podmiotowość polityczna jest dobrem rzadkim i coraz rzadszym w naszej rzeczywistości. Centrum w poczuciu zagrożenia ze strony Peryferii nie może sobie pozwolić na partykularne, narodowe podziały. Rozpad UE powoduje poddanie się państw europejskich strategii krajów dotychczas peryferyjnych i zezwolenie na ukształtowanie się nowego Centrum i nowej Peryferii. Hegemonia USA służy zachowaniu dotychczasowego status quo. Stanom jest obojętne które i czy w ogóle państwa europejskie pozostaną w Centrum. Europa samodzielnie nie jest w stanie obronić swojego statusu przydatka do Centrum kapitalistycznego.
Wybór lewicy i europejskiej biurokracji jest jednoznaczny – nie dopuścić do utraty przywilejów płynących z przynależności do Centrum. Prawica suwerenistyczna nie boi się współpracy z dotychczasowymi Peryferiami, ale nie może zerwać z amerykańskim parasolem ochronnym ze względu na nieuchronne sprzeczności interesów między suwerennymi podmiotami europejskimi in spe. Dlatego taktyka suwerenistów pociąga za sobą więcej niepewności i zagrożeń niż gra na amerykańską hegemonię w skali globalnej i powstrzymanie zamiany miejsc na światowej scenie.
Przynajmniej tak się wydaje, a i społeczeństwa europejskie są w gruncie rzeczy nastawione na bezpieczeństwo w krótkiej perspektywie, a nie na obiecanki-cacanki gdzieś w przyszłości. Szczególnie, że utrzymanie przywilejów dotychczasowego Centrum może pozwolić uchronić tzw. klasę średnią przed proletaryzacją po okresie przejściowej pauperyzacji. Suwerenność ekonomiczna w ramach kapitalizmu prowadzi nieubłaganie do proletaryzacji społeczeństw rozwiniętych, zaś ewentualność prawdziwego socjalizmu, czyli dyktatura proletariatu nie jest w żadnym stopniu preferencją tzw. klasy średniej. Stąd gremialne opowiadanie się warstw pośrednich za utrzymaniem unijnej polityki wspierania amerykańskiego imperializmu, mimo różnych udawanych prób zachowania twarzy w kontekście Palestyny czy Wenezueli. Rzeczywistość polityczna i faktyczne interesy grupowe – jak widać – szybko odzierają nas ze złudzeń co do szczerości ideologicznej nowoczesnej lewicy.
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
8 marca 2026 r.








Users Today : 120
This Month : 5008