Dominująca, prawicowa narracja o „transformacji systemowej” ulega od dłuższego czasu kompromitującej dekompozycji w miarę, jak dzień po dniu rozwiewają się resztki powojennego porządku, bazującego na micie tryumfującego pokoju społecznego. W tym kontekście pojawiają się próby konkurencyjnego wyjaśnienia zjawiska Solidarności z odmiennej, lewicowej perspektywy, i mogą liczyć na zaciekawienie odbiorców. Ta perspektywa pozostawała niszowa dopóki trwały złudzenia co do kapitalizmu socjalnego. W takiej sytuacji teoretyczne rozbieżności na lewicy nie interesowały nikogo. Obecnie jednak, podobnie jak na prawicy, gdzie odrodziły się specyficzne dla tej formacji podziały, także na lewicy nabierają znaczenia rozbieżności teoretyczne wydające się ongiś sporem scholastycznym o liczbę diabłów na główce szpilki.

Książka Brunona Drwęskiego (Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit, Warszawa 2020, przekład J. Dobrzański) jest próbą przedstawienia perspektywy jednego z odłamów nowolewicowych, konkurencyjnych wobec najpowszechniejszego na Zachodzie posttrockizmu, zwanego przez autora dźwięcznym określeniem: „goszyzm”.

W przeciwieństwie do wykładni posttrockistowskiej, która zajmuje pozycję dominującą na polskiej lewicy od początku transformacji, maoizująca wykładnia Drwęskiego nawiązuje do narodowego nurtu w łonie partii rządzącej, który utożsamia on ze słabą grupą usiłującą zachować pierwotny zamysł przekształceń prosocjalistycznych w Polsce po wojnie.

Książka Drwęskiego jest dyskusją nie wprost z nurtami posttrockistowskimi. W związku z relatywnie pozytywnym nawiązaniem do nurtu „betonowego” w PZPR znajduje ona ostrożne wsparcie w odradzającej się narracji poststalinowskiej. Obie charakteryzują się wskazywaniem na element narodowy w legitymizacji socjalistycznych przemian.

Drwęski pisze: „… pod koniec wojny większość Polaków była bardziej ‘polska’ niż przed wojną i, w efekcie, do pewnego stopnia mniej ‘chłopska’ i mniej ‘robotnicza’. Co więcej, przywódcy Polski Ludowej najczęściej starali się budować swoją legitymację, opierając się bardziej na kwestii narodowej, kwestii odbudowy kraju i obrony nowych zachodnich granic niż na kwestii przemian społecznych i ledwie wzmiankowanych celów komunistycznych. Marksizm-leninizm w Polsce Ludowej był często niczym innym jak bladą kopią katechizmu, którą należało wydukać na spotkaniach partii lub jakichś jej pasów transmisyjnych, i tyle” (s. 165).

Na temat tego, że polska klasa robotnicza w powojennej Polsce była młoda i pozbawiona doświadczeń i własnej tradycji (za sprawą nie tylko okupacji, ale i stalinowskich czystek) napisano już wiele. Jeśli chodzi zaś o działaczy robotniczych, to narracja jest mniej zdecydowana. Kuroń i Modzelewski są przedstawiani jako spadkobiercy „czystej” ideologii marksizmu i bolszewizmu, którzy odeszli od niej dopiero w miarę ewolucji opozycji biurokratycznej w PRL. Tymczasem, warto zauważyć, że pokolenie działaczy, aktywne po wojnie, było płodem wychowania stalinowskiego. Nawet jeśli ojciec Kuronia wywodził się raczej z tradycji PPS-owskiej, to bunt pokoleniowy Jacka Kuronia polegał na wyrwaniu się spod mitu pepesowskiego na rzecz… mitu stalinowskiego. Mitu postrzeganego jednak przez pryzmat Rewolucji Październikowej i koncepcji Lenina, która nadawała klasie robotniczej wyjątkową misję (zgodnie zresztą z Marksem). Korekta stalinowskich złudzeń siłą rzeczy, w takim otoczeniu, jak przytacza Drwęski, i w relacji do socjalistycznej (narodowej w charakterze) krytyki autorytaryzmu stalinowskiego, odzwierciedliła się w charakterze ewolucji poglądów byłych „komandosów”. Nie jesteśmy zdziwieni znajdując, iż logiczną ewolucją działaczy pozostających w kręgu ideologii lewicowej jest nawiązanie do żywej (w przeciwieństwie do – jakby to dwuznacznie nie brzmiało – martwej tradycji stalinowskiej, związanej z KPP) tradycji PPS-owskiej. Główna rozbieżność, leżąca u podłoża pierwszego rozłamu w polskim ruchu socjalistycznym i robotniczym dotyczyła kwestii narodowej, która poróżniła SDKPiL z PPS-em. Stalinowskie wypaczenie było więc korygowane nawrotem do „prawidłowego”, rdzennie polskiego nurtu ideowego, czyli narodowo-społecznego.

Co więcej, taka ewolucja wydawała się (zasadnie) zgodna z nastrojami społeczeństwa oraz polskiej klasy robotniczej. Była to więc korekta oddolna, pryncypialna, nie jakaś inteligencka, wydumana koncepcja ignorująca realne emocje „ludu”. Takie było naturalne podłoże ewolucji opozycji demokratycznej od momentu załamania się iluzji stalinizmu przy okazji rewelacji o jego zbrodniach na XX zjeździe KPZR.

Ewolucja ta jednak poszła dalej. Działacze opozycyjni, wywodzący się z biurokracji rządzącej, weszli w kontakt z lewicowymi koncepcjami popularnymi na Zachodzie. Tam, z kolei, kwestia narodowa była traktowana po macoszemu. Nawiązywano do trockistowskich tradycji, gdzie idea powszechnej rewolucji światowej była wciąż aktualna, przynajmniej deklaratywnie, na gruncie powstawania coraz to nowych inicjatyw międzynarodówkowych. Drwęski podkreśla zjawisko wzajemnych relacji, a nawet przewagi opozycji w krajach socjalistycznych w dyskusjach politycznych z nurtami lewicowymi na Zachodzie. Ten autorytet wynikał ze znajomości systemu stalinowskiego od podszewki (czy może raczej z autopsji). Wkład opozycji w wykreowanie nurtu neokonserwatywnego, w nadanie konkretnej treści tezom sowietologii wydaje się nie ulegać wątpliwości. Punktem zbieżnym prawicowej krytyki systemu radzieckiego i lewicowej jego krytyki był sam Związek Radziecki. Prawicowi krytycy mieli to w głębokim poważaniu, jednak nie omieszkali wykorzystywać dowodów praktycznych i teoretycznych neomarksistów o tym, że slogany o panującej klasie robotniczej pozostają sloganami, zaś lewicowi krytycy wskazywali, że poza tym istnieje kwestia narodowa – uciemiężenie narodów tego imperium-więzienia poszerzonego na obszar Europy Środkowo-Wschodniej.

I tak, Drwęski pisze: „… ‘amerykańscy liberałowie’ już wtedy potrafili stawiać zarówno na ‘reformistycznych komunistów’, jak i na ‘ekskomunistów’, którzy już dawno zmienili się w dysydentów socjalliberalnych. Liczyła się trajektoria, a nie punkt, w którym było się w danym momencie. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy porówna się ten typ trajektorii z formowaniem się neokonserwatyzmu w Stanach Zjednoczonych, nurtu neoliberalnego ‘globalnego’ interwencjonizmu, wywodzącego się także z ‘radykalnej lewicy’, a nie z prawicy. Był w tym też ‘amerykański pragmatyzm’. Warto o tym pomyśleć za każdym razem, gdy jesteśmy zaskakiwani proamerykańską ewolucją wychodzącą ‘z wewnątrz’ nurtów politycznych, ideologicznych lub religijnych, które a priori mogłyby się wydawać niezgodne z imperializmem i ‘zachodnimi wartościami’” (s. 208).

Historia Solidarności wpisuje się w ten proces wykuwania oręża przeciwko systemowi realnego socjalizmu ku korzyści systemu kapitalistycznego: „Musimy zatem zadać pytanie, w jakim stopniu Solidarność mogła się przyczynić do ‘zmodernizowania’ słownictwa międzynarodowych sił kapitalistycznych, a w jakim te ostatnie wyeksportowały do Polski wyniki własnych refleksji i analiz wypracowywanych wówczas w CIA, w think tankach oraz w ‘pozarządowych’ organizacjach tzw. społeczeństwa obywatelskiego, mającego zastąpić w krajach socjalistycznych to, co nazywano aktywem…” (s. 175) – pisze B. Drwęski.

Precyzuje: „różnica między organizacjami i stowarzyszeniami w krajach socjalistycznych a organizacjami społeczeństwa obywatelskiego w krajach kapitalistycznych polega na tym, że te pierwsze były lub powinny być częścią masowego ruchu, podczas gdy stowarzyszenia i ‘organizacje pozarządowe’ postulowane w fazie ‘wypierania’ zimnej wojny powinny być znacznie mniej masowe, bardziej rozproszone, konkurujące w imię pluralizmu, a więc bardziej elitarne, formujące się wokół grupki uprzywilejowanych korzystających z dotacji, które można zgarniać za cenę podporządkowania się głównemu kierunkowi ideologicznemu demokracji rynkowej” (s. 176).

Niedwuznacznie, Drwęski podbudowuje obiegowy zarzut o zdradzie inteligencji wobec interesów wykorzystanych przez nią robotników argumentacją o materialnych i prestiżowych korzyściach płynących z owej zdrady. Takie postawienie sprawy rodzi jednak wątpliwość co do słuszności tezy (także dość popularnej na współczesnej lewicy) o autonomii ideologicznej klasy robotniczej w stosunku do ideologów wywodzących się z inteligencji. U Drwęskiego nie ma raczej skłonności do takiego stawiania sprawy.

Bezbronność ideowa kadr biurokratycznych tłumaczy się, jak następuje: „… doszło zatem do pewnego pomieszania ideowego, za które odpowiedzialność ponosiły głównie niedostatecznie wyszkolone kadry PZPR, które z kolei źle wyszkoliły swoją trzódkę. Ale było ono również efektem zabiegów zachodnich manipulatorów, którzy wszelkimi środkami szerzyli propagandę pozwalającą wierzyć, że ideały socjalizmu urzeczywistnione zostały w krajach kapitalistycznych, albo przynajmniej być przekonanym, że na Wschodzie właśnie o ich realizację walczyli dysydenci” (s. 183). Jasno wynika stąd, że wśród lewicowych krytyków systemu realsocjalistycznego (od wewnątrz – nurt socjaldemokratyczny w PZPR, czy od zewnątrz – opozycja demokratyczna) nie ulegało wątpliwości, że robotnicy walczą o swoje prawa, reprezentowane przez związki zawodowe. Spontanicznym żądaniem robotników w sierpniu 1980 roku było bowiem utworzenie autentycznych związków zawodowych, które reprezentowałyby ich faktyczne interesy wobec biurokratycznego dysponenta środków produkcji. Robotnicy podczas zebrań strajkowych nie wysunęli spontanicznie programu Samorządnej Rzeczypospolitej, tylko 21 postulatów, gdzie nie obyło się jednakże bez ingerencji doradców. Został on wysunięty dopiero na I Zjeździe Solidarności, gdzie pierwsze skrzypce grali już aktywiści opozycyjni. Pracownicy średnich szczebli, pracownicy umysłowi, którzy poparli strajki i znaleźli się wśród twórców Solidarności, zostali automatycznie zaliczeni do „zbuntowanej klasy robotniczej”. To inteligencka świadomość części z nich była źródłem programu Samorządnej Rzeczypospolitej. Uzasadnieniem robotniczego charakteru tego żądania był fakt, że idea samorządności tradycyjnie przynależała do doświadczenia roku 1956. Tam jednak działacze, którzy dopiero co nawrócili się ze stalinizmu na jugosłowiańską decentralizację, nawiązali do kostiumów z okresu Rewolucji Październikowej. Działała tam powszechna zasada odwoływania się do łatwo zrozumiałych symboli.

W okresie Solidarności ta symbolika stała się już nieco démodée i nie budziła równie łatwych skojarzeń wśród robotników, co dwadzieścia lat wcześniej.

Zwolennicy byłych idei Kuronia i Modzelewskiego mogli przeforsować przyjęcie programu, ponieważ nie zdawano sobie sprawy z tego, że świadomość robotnicza mogła ewoluować nie tylko w kierunku „obiektywnego” interesu klasowego, ale i w kierunku reformizmu socjaldemokratycznego – zależnie od wyniku walk ideologicznych i politycznych działaczy, którzy objęli żywiołowy ruch troskliwą opieką i wyjaśnili robotnikom, o co tak naprawdę walczą.

Do tradeunionistycznej par excellence świadomości robotników najlepiej trafiła argumentacja nacjonalistyczna (niesuwerenność wobec ZSRR) i populistyczno-roszczeniowa (mająca źródło w stałym wyzysku robotników jako pracowników bezpośrednio produkcyjnych), bijąca w rząd i władzę partyjno-państwową jako całość, czyli w biurokrację. Podobnie jak w 1956 roku, który wszakże wyniósł Gomułkę do władzy. Przyjęcie programu Samorządnej Rzeczypospolitej było wynikiem niepewności pozostałych, dopiero nabierających prężności sił politycznych, prawicowych in spe, niepewnych jeszcze poziomu świadomości i gniewu klasy robotniczej.

Trudno bronić tezy, że program ten miałby odpowiadać „szerokim masom”, które stały się synonimem klasy robotniczej (a raczej klasy pracowniczej, która nie odróżnia się w ideologii nowolewicowej od tzw. mas, w tym od „mas ludowych”, na które lubią się powoływać „goszyści”, jak i sam Drwęski). Jeszcze trudniej sobie wyobrazić spontaniczną, „obiektywną” ewolucję masowej ulicy w kierunku realizacji programu Samorządnej Rzeczypospolitej. W późniejszym okresie okazało się, że lewicowi radykałowie postrzegali ten program jako zgodny z koncepcją radykalnej demokracji gwarantującej sprawiedliwy podział wartości dodatkowej, czyli podział ponad interesami klasy robotniczej jako bezpośredniego producenta. Faktyczny program samorządności, mający na celu zagwarantowanie dyktatury proletariatu (klasy robotniczej), jest programem ochraniającym interes robotniczy przed pozornym, fasadowym wyobrażeniem o sprawiedliwym podziale, który uwzględnia prawa „mas” społecznych (nie uczestniczących w produkcji materialnej) na równi z prawem robotników do dysponowania wartością dodatkową.

Robotnicy byli zbuntowani przeciwko biurokracji, a nie przeciwko szerokim „masom”, z którymi odczuwali pewną wspólnotę interesu, albowiem powszechnie uważano, że biurokracja jest pachołkiem Moskwy, więc cały naród jest na równi wyzyskiwany przez Wielkiego Brata. Postulowanie przeciwstawienia klasy robotniczej reszcie społeczeństwa byłoby posunięciem niezrozumiałym w świetle buzującej demokracji w krajach zachodnich. W konsekwencji, lewica radykalna musiała pogodzić się z charakterem nacjonalistycznym ruchu, pocieszając się, że to się zmieni z czasem.

Warto także przypomnieć sobie, że w PRL klasa robotnicza budziła wśród inteligencji emocje odpowiadające dzisiejszym emocjom wobec rodzin 500+. Uważano, że robotnicy są przepłacani przez system ideologicznie uzależniony w swej legitymizacji właśnie od nich. Jak słusznie zauważa Drwęski, sam robotnik nie uważał już w 1980 roku swej przynależności klasowej za awans społeczny.

Uznanie w tej sytuacji, że program Samorządnej Rzeczypospolitej miałby być wyrazem samoświadomości robotniczej, wyrazem zakładającym świadomość sprawczej roli w systemie funkcjonowania społeczeństwa, kiedy przez cały czas PRL wmawiano robotnikowi, że jest faktycznym pasożytem, zaś przemysł – dowodem na zacofanie polskiej gospodarki utrzymującej całe społeczeństwo w stanie zacofania i gorszej sytuacji materialnej niż na Zachodzie, wydaje się ponurym żartem.

Program Samorządnej Rzeczypospolitej wysuwał więc koncepcję, która wymagała od robotników dorośnięcia do tego rozwiązania lub mogła położyć nacisk na aspekt narodowy. Program ten był broniony przez intelektualistów „goszystowskich” na zasadzie kompromisu – uznania, że cecha nacjonalizmu ruchu przerośnie w wyniku „obiektywnego” procesu (a jakże – spontanicznego) w internacjonalizm, kiedy ustanie presja obawy przed wielkorosyjskim szowinizmem, który skłóca uciemiężone narody.

Jak pisze Drwęski: „czytając teraz ponownie projekty zrodzone w łonie Solidarności, dostrzegamy kształtowanie się świadomości robotniczej, nawiązującej w swojej spontaniczności, a nawet naiwności, do pierwszych chwil ruchów robotniczych w krajach zachodnich w XIX wieku, lecz na znacznie wyższym poziomie ekonomicznym i społecznym, ponieważ została ona wypracowana w społeczeństwie co prawda postfeudalnym, ale zarazem takim, które z punktu widzenia interesu mas osiągnęło poziom społeczeństwa mimo wszystko rozwiniętego, zapewniającego minimum bezpieczeństwa socjalnego i dobrobytu…” (s. 185). Naiwność, która wyprodukowała program Samorządnej Rzeczypospolitej – to wydaje się mało wiarygodne.

Drwęski nie wdaje się w szczegóły, które wymagałyby bardziej zróżnicowanej i subtelnej analizy, uwzględniającej niuanse i niejednoznaczności. Dla niego wystarczy wytłumaczenie, że wybijające się postaci elity dysydenckiej, dowartościowywanej na Zachodzie, ostatecznie dały się omotać i omamić pozorami zachodniego blichtru. Dodajmy od siebie, że jednocześnie niekomunistyczne koncepcje lewicowe, czyli koncepcje antytotalitarne, były w tej optyce kompatybilne z ewoluującym kapitalizmem, który zostaje oswojony przez system konsekwentnie demokratyczny, w którym interesy klasy robotniczej są lepiej reprezentowane i zabezpieczone niż w socjalizmie realnym.

W związku z tym, nie ma nic dziwnego w tym, że „doradcy Solidarności skłaniali się ku kompromisowi z władzami, który miał pozwolić ‘peryferyjnym’ warstwom polskiej elity znaleźć miejsce w wyższej hierarchii społecznej, i stopniowo porzucali robotników, którzy ostatecznie w każdym punkcie zwrotnym okazywali się bardziej przywiązani do zasad kolektywistycznych, w formie, która najpierw, w latach 50., była komunistyczna, w latach 60. i 70. zwyczajnie socjalistyczna, a następnie raczej anarchosyndykalistyczna. Za oddolnym, robotniczym i samorządowym dyskursem, wspieranym bez przekonania przez doradzających Solidarności intelektualistów, krył się już pomysł kompromisu między elitami, umożliwiającego podział stanowisk, funkcji, okazji i zaszczytów” (s. 163).

Drwęski zwraca uwagę na charakterystyczny proces odchodzenia spontanicznej świadomości robotników od komunistycznej formy zasad kolektywistycznych, poprzez formę socjalistyczną, do anarchosyndykalistycznej. Wedle niego, w miarę odchodzenia od stalinowskich sloganów i rutynowych, mechanicznych frazesów dokonywało się odchodzenie od ich treści. Drwęski nie zauważa, że już w ramach sporów ideowych w latach 50-tych istniały rozbieżności w interpretacji zasad komunistycznych. Ewolucja była bardziej relacją traconych pozycji, przegranych walk ideowych niż faktyczną ewolucją świadomości robotników polskich. To, że walka robotników w 1956 roku miała charakter (stalinowsko)komunistyczny było zasługą nawiązywania do idei i do teorii marksizmu oraz do doświadczeń Lenina poprzez transmisję stalinowską. W swej spontanicznej postaci raczej trudno zauważyć różnicę między anarchosyndykalizmem roku 1980 a żywiołowością roku 1956. Działacze odwołują się zawsze do kostiumów przeszłości, interpretują rzeczywistość bieżącą w odniesieniu do tradycji, jaką znają.

Mając to na myśli, możemy trafniej zinterpretować istotę lewicowej mitologii Solidarności, czyli kwestię programu tzw. Samorządnej Rzeczypospolitej. Intelektualiści typu Kuronia czy Modzelewskiego nie musieli ani zwalczać, ani popierać tej wizji, ponieważ pożegnali się z nią już wówczas, gdy pożegnali się ze swymi iluzjami z Listu otwartego do Partii. Dla nich program Samorządnej Rzeczypospolitej musiał jawić się jako „dziecięca choroba lewicowości”, niczym koklusz, który sami już przeszli we wczesnej młodości. Niemniej, program ten nawiązywał do przerwanej tradycji buntów robotniczych przeciwko biurokracji, a więc – w sytuacji, kiedy klasa robotnicza się jednak ruszyła ku zaskoczeniu opozycji demokratycznej – był pewną formą zinterpretowania i skanalizowania owego buntu.

Zasadniczy problem nie polegał na zdradzie owego programu. Był on z góry skazany na porażkę jako relikt przeszłości kojarzonej z tradycyjnymi walkami tradycyjnej klasy robotniczej, która przestała istnieć w oczach Nowej Lewicy dominującej na Zachodzie. Mogła się wydawać jeszcze aktualna w zacofanej peryferii „bloku wschodniego”, gdzie przemysł świadczył bardziej o zacofaniu gospodarczym niż o jego przodownictwie. Przywoływani przez Drwęskiego „goszyści” spod znaku posttrockistów mogli się upajać niespodziewaną szansą powdychania nieco atmosfery rosyjskiego października i młodego Lenina / Trockiego, niemniej już sami znajdowali się pod urokiem nowych trendów lewicowej myśli, gdzie klasowa walka robotników przemysłowych miała na celu wyzwolenie całego społeczeństwa, a w szczególności uciśnionych mniejszości różnego typu. W pierwszej kwestii stawali więc na pozycjach socjaldemokracji, w drugiej – na pozycjach radykalizmu nowolewicowego, antykomunistycznego (antytotalitarnego) ze swej natury. Pozostawała jeszcze kwestia gospodarki. W tej kwestii zarówno socjaldemokracja, jak i Nowa Lewica, a także antykomunistyczny anarchosyndykalizm stały na jednolitym stanowisku: wolny rynek jest bardziej efektywny niż biurokratyczne, centralne planowanie i zarządzanie.

Charakterystyczne jest odwoływanie się Drwęskiego do tzw. mas raczej niż do klasy robotniczej, chociaż sam termin w jego książce przewija się w sposób raczej niespotykany w „postępowej” myśli lewicowej (w najnowszej generacji chyba jedynym wyjątkiem jest w tej kwestii Michał Siermiński – nie jest jednak wykluczone, że wzorem swego mentora, M Z. Kowalewskiego, pojęcie to pozostaje u niego niekoniecznie pojęciem klasycznym). W tej kwestii Drwęski ze swoim nurtem ideowym jest i pozostaje nieodrodnym dzieckiem Nowej Lewicy, która rozeszła się z „goszyzmem” na tle stosunku do stalinizmu. Stosunek do klasy robotniczej pozostaje jednak charakterystyczny dla Nowej Lewicy. Nacjonalizm Drwęskiego ma inny charakter niż nacjonalizm posttrockistowski. Ten ostatni ma alergię na imperialistyczne ciągoty ZSRR pod władzą Stalina, preferując nacjonalizmy „małych, uciśnionych narodów” pragnących się wyrwać z więzienia narodów. Nacjonalizm wytworzony w warunkach niedostatku klasy robotniczej będącego wynikiem różnych sytuacji i wydarzeń historycznych pozostaje ideologią pozwalającą na spojenie mas chłopskich i innych grup społecznych w ramach wspólnego losu. Jest elementem zastępczym ideologii proletariackiej i międzynarodowej solidarności robotników.

Tu też należy cofnąć się do historii własnej intelektualistów z grona dysydentów postbiurokratycznych, którzy w kwestii ekonomicznej opierają się na akceptacji doświadczenia decentralizacji na modłę jugosłowiańską, gdzie interesy czysto robotnicze (klasy bezpośrednich producentów) były podporządkowane interesom społeczeństwa jako całości. Nie oglądając się na wywołane sprzeczności i konflikty o charakterze klasowym, które rodził system biurokratyczny w jego zreformowanej, urynkowionej postaci.

Intelektualiści i przywódcy, którzy mieli za sobą doświadczenie 1956 roku, mogli spokojnie przyglądać się przejawom zacofania politycznego mas robotniczych, wróżąc im szybkie przezwyciężenie w procesie gwałtownego doganiania nowoczesności w okresie „karnawału Solidarności”. Nie bez podstaw.

Inteligencja, poza jednostkowymi wyjątkami, nie stała już na pozycjach rad robotniczych harmonijnie współdziałających z zasadami rynkowej gospodarki. Lekcja została przerobiona i doświadczenie jugosłowiańskie posłużyło jako uzasadnienie tezy o tym, że reformowanie systemu biurokratycznego kończy się przewidywanym z góry regresem do gospodarki kapitalistycznej. Rzecz w tym, że Nowa Lewica zachodnia wymyśliła na ten problem skuteczne rozwiązanie polegające na wbudowaniu w system czysto kapitalistyczny mechanizmu sprawiedliwej redystrybucji o charakterze socjaldemokratycznym, czyli „państwo opiekuńcze”, inaczej „kapitalizm socjalny”.

Co ważniejsze – ma znaczenie, w jakim kierunku idzie owo reformowanie biurokratyzmu. Cała historia pierwszego eksperymentu socjalistycznego wraz z jego rozszerzeniem po II wojnie światowej wskazuje na wagę kwestii efektywności ekonomicznej. Jeżeli na poważnie wziąć Marksowskie rozważania o wyjątkowej w dziejach ludzkości  (niepowtarzalnej?) dynamice gospodarki kapitalistycznej, stwarzającej wyjątkową okazję dla stworzenia społeczeństwa bezklasowego, to można powiedzieć, że żaden system niekapitalistyczny nie ma szans na powtórzenie podobnej efektywności. Historia pokazała, że nie przeszkadza to możliwości poszerzania się oddziaływania owego systemu na inne obszary świata i wprowadzaniu racjonalności ekonomicznej dzięki planowaniu i świadomej, nieżywiołowej polityce społecznej (pojęcie szersze od polityki socjalnej).

Istota problemu klaruje się w kwestii, interesowi jakiej klasy powinna być podporządkowana polityka ekonomiczna i społeczna w ustroju socjalistycznym. Józef Balcerek zwracał na to uwagę w swojej krytyce modelu jugosłowiańskiego już w swojej pracy habilitacyjnej napisanej na początku lat 60-tych. Tymczasem antybiurokratyczna, opozycyjna część elity intelektualnej w Polsce postalinowskiej skupiała się na problematyce efektywności gospodarczej, pod dyktando rywalizacji systemów.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że jeszcze dla Lenina kwestia modelu ekonomicznego miała wtórny charakter. Świadczy o tym zwrot ku polityce NEP-u w latach 20-tych. Zasadnicze znaczenie miało zabezpieczenie świadomości linii partyjnej bolszewików, dla których najważniejsze było utrzymanie kursu na interes klasowy robotników. Z pozycji politycznych konieczne było zarządzenie odwrotu, ale ten odwrót miał na celu utrzymanie odrębności świadomości owego interesu klasowego i utrwalenie jej poprzez kontynuowanie walki klasowej w nowych warunkach.

Nacjonaliści rosyjscy współcześnie chwalą bolszewików (rozumiejąc pod tym Stalina) za utrzymanie jedności państwa, utrzymanie władzy pozwalającej utrzymać tę jedność wbrew „białym”, którzy z pozycji klasowych byli gotowi poświecić imperium, aby tylko utrzymać swoje klasowe panowanie – choćby i z obcego nadania. Podobnie jak dziś, inteligencja rosyjska jest gotowa oddać interes imperialny za miraż osiągnięcia podobnego statusu, co społeczeństwa na Zachodzie. I to mimo wyraźnego obrazu krachu tego mirażu.

Jeśli tak spojrzeć na dzieje rewolucji rosyjskiej, to nie ma mowy o ciągłości między Leninem a Stalinem. Skuteczność utrzymania imperium w postaci ZSRR była atutem Stalina w walce politycznej z tzw. trockistami, dla których ważniejszy był interes klasowy proletariatu w skali globalnej.

Stalin narzucił pogląd o ustaniu walki klasowej wraz z ustanowieniem rządu bolszewików-komunistów, co szło w parze z nowolewicowym, a zasadniczo nawiązującym do II Międzynarodówki, przekonaniem, że szeroko rozumiane społeczeństwo ma jednolite klasowe interesy wobec władzy klasy burżuazji. Jeśli nie ma burżuazji, to całość społeczeństwa jest jednolita, niepodzielona, a jego roszczenia mogą dotyczyć wyłącznie tego, w jak wysokim stopniu władza proletariacka zabezpiecza ekonomiczne potrzeby owego społeczeństwa. W sumie, model radziecki sprowadzał się do takiego prymitywnego rozumienia relacji społecznych w łonie państwa radzieckiego.

W tym modelu, gdzie społeczeństwo jest traktowane jako homogeniczna całość, sektor przemysłowy wraz z robotnikami przemysłowymi zabezpiecza dochody państwa, które bezpośrednio przejmuje wartość dodatkową tego sektora. Ta wartość staje się dochodem narodowym zarządzanym przez biurokrację państwową i służy do opłacania inwestycji różnego typu, w tym także w rozwój nauki, która przyczynia się do wzrostu produktywności aparatu wytwórczego. Całe społeczeństwo staje się robotnikiem łącznym, ponieważ każde ogniwo pozaprodukcyjnej działalności wpływa w ostatecznym rozrachunku na wzrost wydajności pracy lub na wzrost produktywności aparatu wytwórczego.

Model radziecki, transplantowany do krajów Europy Środkowo-Wschodniej w wyniku rezultatów II wojny światowej, zakładał takie właśnie rozumienie relacji społecznych w socjalistycznym społeczeństwie. Ten punkt widzenia zwyciężył w wyniku walki politycznej w łonie partii bolszewickiej, która dała przewagę stalinowcom i propaństwowcom. Perspektywa wydawała się logiczna wielu socjaldemokratycznie wykształconym działaczom partii komunistycznej. Nie może być sprzeczności interesów między wyzyskiwanymi podobnie klasami i warstwami pracowników najemnych kapitału. Rozróżnienie na robotników jako takich i na inne grupy proletariackie staje się w tej perspektywie nielogiczne i nieprzekonujące.

Nie było tak w myśli teoretycznej i działalności praktycznej Lenina. Wystarczy wziąć pod uwagę zastrzeżenia, jakie pod adresem Lenina i jego koncepcji wnoszenia świadomości do klasy robotniczej zgłaszają różni współcześnie badacze (Siermiński za Kowalewskim). Jest to osobny wątek rozważań, niemniej warto zauważyć, że dla Lenina problem istniał.

Siermiński wskazuje na oparcie się Lenina na autorytecie Kautskiego w tej kwestii, wręcz na zapożyczenie od Kautskiego owej koncepcji. Siermiński wskazuje także na kwestię odżegnania się Lenina od tej tezy pod pretekstem, że musiał on „przegiąć pałkę” w dyskusji z „ekonomizmem” wewnątrz partii.

Należy jednak poprowadzić rozumowanie dalej – Lenin okazał się w następstwie bezwzględnym krytykiem Kautskiego, oskarżającym tego ostatniego o renegactwo, co samo w sobie nie pozostawia drogi jakiejkolwiek rekoncyliacji.

W tradycji myśli robotniczej istnieje teza o tym, że intelektualiści mogą przyłączyć się do ruchu robotniczego i przyjąć interes klasy robotniczej jako własny. Wnoszą do niego swój pogląd na dzieje intelektualne, na ewolucję postępowej myśli społecznej (koncepcje utopijne, których charakter rozwiązania ogólnospołecznego był dziełem myślicieli zewnętrznych. Mając świadomość braku ostrych granic, można powiedzieć, że żywiołowe ruchy klasy wyzyskiwanej nie potrafiły jednak wyjść poza koncepcję odwrócenia stosunków społecznych, a nie ich przezwyciężenia. Komunizm był polityką wewnętrzną buntowników, ale nie polityką ogólnospołeczną).

Trudno pominąć fakty z życia samego Marksa, którego koncepcje bynajmniej nie zwyciężały tryumfalnie i bezapelacyjnie w łonie klasy robotniczej, tym bardziej z łatwością. Robotników odstręczały walki wewnętrzne dotyczące polityki ruchu robotniczego. Bliższe im były koncepcje drobnomieszczańskiego radykalizmu, które wieszczyły izolację od reszty pasożytniczego społeczeństwa. Anarchiści głosili bliższe koncepcje, trzymające się bliżej bezpośredniego światopoglądu proletariatu niż Marks. Marksizm zwyciężył na swój sposób dopiero w walce politycznej, kiedy idee ruchu robotniczego ogarnęły szerokie grupy inteligentów zaangażowanych w walkę polityczną. W sferze politycznej marksizm osiągnął sukces. Partie socjaldemokratyczne stały się wpływowe, przez to zyskały poparcie robotników, którzy dostrzegli przemianę społeczeństwa, a więc i możliwość przebudowy społeczeństwa i jego polityki, a więc odrzucili anarchistyczne przekonanie o niemożliwości „oswojenia” aparatu państwa dla własnych celów. To zespolenie partii socjaldemokratycznej z ruchem robotniczym dało w efekcie znaczenie partii socjaldemokratycznych w systemie politycznym Europy.

Bardzo szybko jednak okazało się, że ten tryumf polityczny przekształcił się w czynnik szkodzący interesowi klasy robotniczej. Polityczna walka socjaldemokracji skupiła się na osiąganiu zdobyczy socjalnych, co sprzyjało poszerzaniu poparcia robotników, ale prowadziło do tradeunionizacji świadomości społecznej tej klasy. Rewizjonizm Bernsteina wyrażał ten trend właśnie poprzez negację wyjątkowości roli klasy robotniczej, w tym w tworzeniu wartości dodatkowej. Wartość dodatkowa została uznana za koncepcję iluzoryczną, nadmiarową, niczego nie wyjaśniającą. Marksizm został sprowadzony do poziomu prymitywnej argumentacji o tym, że własność kapitalistyczna opiera się na kradzieży. Czyli do starej, anarchistycznej koncepcji Proudhona, śmiejącego się zza grobu. Argument przybrał postać dogmatu, którego nikt tak naprawdę nie potrafił uzasadnić, ale przyjęło się, że ma on charakter naukowy, co by nie znaczyło to słowo. Kapitał stał się nową Biblią, w której nie sposób nie zauważyć luk i niespójności, ale przyjęło się odczytywać ją metaforycznie, a więc wszystko można objaśnić zmieniając perspektywę. Rolę metafory przyjęła w marksizmie dialektyka i wszystko grało, ponieważ bieżąca walka polityczna nie dawała zbyt wiele czasu na drobiazgowe rozważania. Liczyło się pragmatycznie, kto ma więcej dywizji, czyli oddziałów robotniczych po swojej stronie.

Dyskredytacja metafizycznej metafory w postaci dialektyki miała swoje argumenty za wyłożone w Kapitale i przeciw – wyłożone w pracach Bernsteina. W grze parlamentarnej tego typu dyskusje straciły pragmatyczny charakter, stały się historycznym lamusem, który ożywił dopiero krach realnego socjalizmu, a wcześniej pęknięcia w monolitycznej z pozoru konstrukcji.

Cios zadała zachodnia lewica akademicka, która w praktyce zakwestionowała prymat klasy robotniczej w efekcie jej zburżuazyjnienia spowodowanego socjaldemokratyczną polityką realizowaną w ramach państwa burżuazyjnego wedle reguł oczyszczonych z konsekwentnego marksizmu po przesileniu epoki porewolucyjnej (rewolucja w Rosji posłużyła za ostateczne zerwanie między komunistami a socjaldemokratami na tle teoretycznego podejścia do kwestii klasy robotniczej). To wyrażało się, m.in. w kwestii relacji między inteligencją a robotnikami. Warto zauważyć, że relacja ta nie jest jednoznaczna.

Istota zawiera się tezie, że spontanicznie robotnicy organizują się w sposób „komunistyczny” w ramach własnego środowiska. Ten sposób organizacji może posłużyć za wzór dla inteligentów, którzy utożsamiają się z interesem klasowym robotników. Problem powstaje w momencie, kiedy inteligenci uznają, że całe społeczeństwo jest społeczeństwem „robotników” (pracowników najemnych), a więc naturalny sposób organizacji robotniczej jest automatycznie i spontanicznie sposobem całego społeczeństwa.

Drwęski, podobnie jak reszta lewicy, zaczyna mówić o masach, co jest pojęciem podstawianym pod pojęcie klasy robotniczej, ponieważ w warunkach kapitalizmu wszyscy są ostatecznie pracownikami najemnymi. Różnica może dotyczyć najwyżej pracowników podległych państwu, co stanowi zaczyn pewnej niezgody teoretycznej. Ponieważ jednak Nowa Lewica odrzuciła tezę o istotnej różnicy miedzy realnym socjalizmem a kapitalizmem jako takim, sprowadzając zdegenerowane państwo robotnicze do poziomu kapitalizmu państwowego, to również ten wyróżnik zanika. Pracownicy na etacie państwowym są pracownikami najemnymi państwa kapitalistycznego, co czyni ich tak samo opozycyjnymi wobec kapitału, co inne warstwy społeczne. Uznanie biurokracji za klasę także sprzyja takiemu podejściu. W efekcie, można mówić o masach, bez posługiwania się pojęciem klasy robotniczej, co jest nieco przestarzałym pojęciem, nie odzwierciedlającym zmian, które zaszły w ciągu minionych ponad 100 lat rozwoju gospodarczego i społecznego.

Tymczasem, rozbieżność między inteligencją a klasą robotniczą nabiera znaczenia teoretycznego, nie tylko praktycznego. Jeżeli odrzucamy znaczenie teoretyczne owej różnicy, to otrzymujemy w efekcie mało odkrywczą i mało płodną tezę o zdradzie inteligentów.

Całe doświadczenie Solidarności okazuje się trywialną opowieścią o tym, jak inteligenci, którzy stanowili w końcu część zbiorowego robotnika, wyszli z szeregów proletariatu najemnego i zdradzili za możliwość dołączenia do elity obsługującej wroga owego proletariatu – kapitalistów.

W tej sytuacji trochę dziwi autentyczny podziw Drwęskiego wobec Piotra Ikonowicza, który wszak nie zdradził, a jednocześnie pokładał nadzieje w socjalnym kapitalizmie, był nieprzejednanym wrogiem tej części aparatu partyjnego, który wedle Drwęskiego usiłował zachować zdobycze socjalizmu i PRL. Poglądy polityczne Ikonowicza nie różniły się od poglądów tzw. demokratycznej opozycji. Nawiązywanie do PPS w jego antykomunistycznym nurcie nie jest żadną tajemnicą.

Oczywiście, socjalistyczne przekonania Ikonowicza nie dają się pogodzić z neoliberalnym zwrotem. Niemniej, można porównać jego postawę z postawą choćby Ryszarda Bugaja, czyli z biernym poddaniem się biegowi wypadków w sytuacji, kiedy najważniejszą sprawą było skończenie z PRL-em. W ramach PPS-owskiej ideologii pozostaje brak oporów wobec gospodarki kapitalistycznej w jej socjaldemokratycznym wydaniu. Ten kierunek myślenia Ikonowicz potwierdził aprobując entuzjastycznie akcesję Polski do UE w nadziei podniesienia standardów opieki socjalnej do poziomu wysokorozwiniętych krajów kapitalistycznych. W nawiązaniu do tych oczekiwań i nadziei, Ikonowicz zdecydował się na karierę polityczną w ramach formacji „postkomunistycznej”, czyli socjaldemokratycznej. Na scenie politycznej walczył zawsze o realizację swoich (socjalistycznych) celów programowych: o państwo socjalne i antyautorytarne.

Gdyby prawdą było, że społeczeństwo jako masa stoi w opozycji do garstki kapitalistów posługujących się aparatem państwa, autorytaryzm dyktatury proletariatu nie podlegałby krytyce. Sam fakt istnienia systemu demokratycznego wskazuje logicznie, że nie jest to społeczeństwo ostrego i jednoznacznego konfliktu klasowego. W takim wypadku nie byłoby alternatywy demokratycznej, a tylko jednoznaczna wojna klasowa do zwycięstwa jednej ze stron, w której zasady demokratyczne nie mają nic do roboty. Szczególnie w sytuacji, kiedy okazało się, że klasa robotnicza (masy?) została cynicznie oszukana i pobita w bezpardonowej walce.

W tym świetle można nieco inaczej zinterpretować Leninowską koncepcję wnoszenia świadomości klasowej i rewolucyjnej do klasy robotniczej. W konkretnym przypadku Solidarności mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której klasa robotnicza (tradycyjna, wielkoprzemysłowa) wywalczyła „komunistyczne” warunki dla walki politycznej. Niczym nie różni się ta sytuacja od sytuacji w XIX-wiecznym ruchu robotniczym, ani w okresie Rewolucji Październikowej. Wynik też nie odbiega od normy. Spontaniczny ruch robotniczy nie jest w stanie dać więcej ponad tę sytuację, w której dopiero zaczyna się rywalizacja idei politycznych.

„Rewizjoniści” spod znaku „komandosów” jeszcze w 1956 roku kierowali się rozeznaniem sytuacji w kodzie bolszewickim, tzn. odwołując się do tradycyjnej klasy robotniczej, która ruszyła się, tak jak to stało w podręcznikach marksizmu-leninizmu. Takich zrywów klasy robotniczej było jeszcze kilka w PRL, nie licząc w innych krajach socjalistycznych. Jednak wszędzie te bunty dawały pole dla walki politycznej i teoretycznej. W 1956 roku rozumiało się samo przez się, że robotnicy będą walczyli o rady i samorządy. Zapomniano, w efekcie doświadczenia stalinizmu, że owe rady i samorządy stają się jednocześnie areną starcia ideologicznego grup społecznych, które niekoniecznie mają wszystkie jednakowe wyobrażenie o interesie klasowym robotników. Jeżeli nawet przyznają się do reprezentacji owych interesów i nie są agenturą burżuazji bądź feudalizmu, które mogą się ujawnić w ramach liberalizacji systemu, to walczą zażarcie między sobą na wzór walki bolszewików, mienszewików czy anarchistów w łonie rad robotniczych.

A czym to jest, jeśli nie walką o wniesienie świadomości klasowej? O to, która grupa inteligencka wniesie swój światopogląd?

W 1956 roku zaczęto także rozważać eksperyment jugosłowiański. Lewicowi badacze skupili się na ekonomicznej stronie eksperymentu, traktując biurokratyczną formę ustrojową jako czynnik z innego poziomu, z poziomu politycznego. Właśnie wówczas odkryto, że warunki dla walki politycznej nie muszą być koniecznie dawane przez bunt robotniczy, ale że służy temu – w sposób cywilizowany – system demokratyczny. Biurokrację trzeba było zmusić do przyjęcia zasad demokratycznych panowania i to wystarczy. Byli stalinowcy, zgodnie ze stalinowskim światopoglądem, łatwo odrzucili wyjątkowość klasy robotniczej (stalinizm nawiązał nie do leninizmu, ale do socjaldemokratycznej wizji społeczeństwa jako jednolitej masy, czy… mas). Kuroń i Modzelewski jeszcze jakiś czas (do 1968 roku) upierali się przy klasie robotniczej, jednak przypominało to coraz bardziej posttrockizm zachodniolewicowy, gdzie klasa robotnicza została frazesem, pod którym rozumiano coraz bardziej nowe ruchy społeczne. Pogardliwe „robociarstwo”, czyli odwoływanie się do najbardziej ciemnego aspektu klasy robotniczej, pozbawionego spontanicznej, komunizującej świadomości politycznej, stało się synonimem stalinizmu i opoką partyjnego „betonu” zastępującego interes klasowy interesem narodowym.

Oryginalność nurtu reprezentowanego przez Drwęskiego opisuje następujące ujęcie: „Polska Ludowa nie była jednakże państwem bezklasowym i jeśli oficjalnie od lat 50. istniały trzy uznane klasy, robotnicy, chłopi i inteligencja, to ta ostatnia stworzyła zalążek nowych warstw społecznych, stających się klasami społecznymi… którym mieli się przeciwstawiać robotnicy najbardziej świadomi tego procesu. Pod słowem ‘inteligencja’ PZPR od 1948 roku rozumiała nie tylko inteligentów w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale także wszystkie grupy urzędnicze, kadrę kierowniczą nomenklatury i, szerzej, każdego, kto nie utrzymywał się z pracy rąk” (s. 236).

W ten sposób Drwęski tłumaczy nieoczekiwane i w zasadzie uznane za nieprawdopodobne wyłonienie się różnych interesów klasowych w łonie ruchu Solidarności. Proces ujawniania się tego zróżnicowania był w zasadzie jedynym chyba przejawem spontaneizmu w rzeczonym ruchu.  „Goszyści” przypisywali te obiektywne trendy przemijającym wahaniom samej klasy robotniczej, zupełnie jak gdyby obiektywizm ewolucji świadomości robotników miał przebiegać w abstrahowaniu od tego, co działo się w rzeczywistości równoległej, w rzeczywistości politycznej.

W efekcie, oswojony w ramach jugosłowiańskiego modelu uefektywniania systemu biurokratycznego od lat 50-tych: „’rynek’ stawał się słowem, co do którego panowała zgoda, nawet jeśli niektórzy nadal dodawali do niego przymiotnik ‘socjalistyczny’” (s. 253).

„Goszyści” nie widzieli sprzeczności między efektywnym modelem gospodarowania a demokratycznym zabezpieczeniem sprawiedliwego podziału, który leży w obiektywnym interesie klasy robotniczej, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności jest tożsamy z interesem szerokich mas, różnicujących się w międzyczasie klasowo. Wedle Drwęskiego, gdyż w ideologii „goszystowskiej” klasa pracownicza ma jednolite interesy, których punktem wspólnym jest to, że interes ten polega na podziale wartości wypracowanej przez pracowników bezpośrednio produkcyjnych.

Doświadczenie jugosłowiańskie przez dłuższy czas służyło jako uzasadnienie dla możliwości pogodzenia socjalizmu z gospodarką rynkową. Ponieważ panowanie biurokracji jednocześnie utożsamiano z gwarancją interesu klasowego robotników, to było możliwe pogodzenie obu na gruncie przemian demokratycznych. Koncepcja konwergencji ujawniała subiektywną stronę owego procesu – pragnienie biurokracji, aby zyskać nareszcie stabilność jako zalążek nowej klasy burżuazyjnej, którą nie mogła się stać w warunkach legitymizacji swego panowania przez argument (od dawna pusty) o realizacji interesu klasowego proletariatu.

Drwęski wskazuje, że bunt 1970 roku pokazał rozejście się inteligencji (dawniej prorobotniczej) z klasą robotniczą. Inteligencja próbowała, za wsparciem zachodnich struktur walczących o demokratyzację tzw. bloku wschodniego, samodzielnie powalczyć z reżymem. Dopóki jednak istniało złudzenie co do ograniczonego i wypaczonego, ale zawsze, jedności interesów biurokracji partyjnej i klasy robotniczej jako nosiciela wizji dziejowej, nie dawało się przeprowadzić skutecznej, prototypowej „kolorowej rewolucji” w Polsce. Dla realizacji tego celu trzeba było poczekać na kolejny zryw klasy robotniczej, która poprzez ów zryw wywalczała jakieś pole dla politycznej rywalizacji ideologicznej w autorytarnym systemie realnego socjalizmu.

Drwęski pisze: „elementy najbardziej radykalne coraz bardziej otwarcie głosiły poglądy antykomunistyczne, idące w parze z żądaniami społecznymi i gospodarczymi o charakterze radykalnie goszystowskim. Wielkim błędem popełnianym przez polskich marksistów podczas całego okresu Polski Ludowej było przeoczenie faktu, że walka klasowa toczyła się wewnątrz struktur politycznych ustroju tak samo jak w strukturach opozycji. Nikt nie wyobrażał sobie możliwości przejścia na kapitalizm, bo skoro w Polsce nie istnieje prywatny kapitał, to nie ma również kapitalistów zdolnych przejąć kontrolę nad gospodarką. Stąd brało się skoncentrowanie na kwestiach liberalizacji politycznej, demokratyzacji procesów decyzyjnych i wprowadzania samorządności. Można powiedzieć, że polska lewica w tym czasie, nawet gdy powoływała się marksizm, prezentowała liczne cechy anarchosyndykalizmu” (s. 253-254).

Faktycznie, lewica radykalna nie poczuła większego dyskomfortu związanego z takim rozwojem sytuacji, ponieważ ważne było tylko to, żeby walka o prawa pracownicze i inne prawa, które dopiero wkraczały do słownictwa polskiej lewicy, toczyła się skutecznie w ramach systemu demokratycznego, który najlepiej zabezpiecza możliwość owej walki.

Co więcej, radykalnej lewicy wydawało się, że walka o samorządność robotniczą jest na wyciągnięcie ręki także w krajach wysokorozwiniętych. Tak więc, wejście Polski na tory rozwoju kapitalistycznego nie przekreślało żadnych szans na perspektywiczną walkę, co jest przedmiotem zmartwienia Drwęskiego. Dowolni pracownicy najemni mogą, bohaterskim wzorem robotników fabrycznych, zorganizować strajk czynny, w wyniku którego zmienią ustrój społeczno-gospodarczy. Wystarczy, że zapoczątkują ruch i samoorganizację, która skupi w solidarnym związku pracowników wszystkich gałęzi niezbędnych do funkcjonowania gospodarki, bez potrzeby opierania się na kierownikach i właścicielach.

Czasy się zmieniały, a wraz z nimi treść pojęcia „robotnik”.

Jak pisał Drwęski: „wielu Polaków marzyło już nie o wejściu do klasy robotniczej, lecz o opuszczeniu jej górnym wyjściem, a jeszcze liczniejsi byli ci, którzy marzyli o wydostaniu się z wciąż szerokiej warstwy chłopskiej, choć nie chcieli rezygnować w mieście z kultywowania ideologii drobnego posiadacza. (s. 255).

Znajdowali się w efekcie w gronie pracowników najemnych, co powodowało, że nic się właściwie nie zmieniało.

Program Samorządnej Rzeczypospolitej, w odróżnieniu od programu samorządu robotniczego opartego na leninowskiej zasadzie konieczności walki o kształt robotniczej świadomości, był tym, za co był faktycznie chwalony – karnawałem wolności, w czasie którego ukształtowały się nurty polityczne w pełnym spektrum, zakazanym w okresie dyktatury biurokratycznej.

Gliniane nogi, na jakich opierał się ten program, są efektem głównie faktu, że popierające nurty lewicowe, które opowiadały się z owym programem, tak naprawdę pod pojęciem klasy robotniczej rozumiały już swoje nowolewicowe wyobrażenia. Od 1968 roku, który jest okresem założycielskim owego nurtu jako czynnika samodzielnego, upłynęło wystarczająco dużo czasu, aby pojęcie klasy robotniczej pożegnać i oddać do lamusa historii. Sami robotnicy nie wiedzieli jeszcze o tymi kiedy podjęli swój bunt, wydawało się, że wszystko rozegra się jeszcze w starych kostiumach, jak w 1956 roku. W tej naiwnej oczywistości, wszystkie nurty polityczne, w tym i antysocjalistyczne i antyrobotnicze, uważały za stosowne przymilać się do robotników. Bardzo szybko zorientowały się jednak, że duch 1956 roku już wygasł. Ci, którzy wydawali się przenosić ów skarb, dawno już przestali być strażnikami świętego ognia. Cynicznie, to fakt, wykorzystali jednak robotniczy zryw, aby utrwalić scenę polityczną gotową pomieścić wszystkie odcienie politycznego spektrum.

Z „kolorowymi rewolucjami” spowinowaca ten epizod historyczny fakt, że prawdziwy program był narzucony całkowicie z zewnątrz, mając na celu likwidację systemu, a nie poszczególnego nurtu czy ruchu politycznego. Uczestnicy polscy nie kierowali się programem samorządowym, a właściwiej – programem dyktatury proletariatu (czyli dyktatury klasy robotniczej), tylko programem politycznym o charakterze prawicowo-socjalistycznym, antytotalitarnym, przyzwalającym na gospodarkę kapitalistyczną w imię efektywności, a nie zwracając uwagi na jej antyrobotniczą istotę.

To nie stało na porządku dnia, ponieważ dominującą ideologią na najbardziej postępowej lewicy był program socjalny uwzględniający udział klasy robotniczej w owocu jej wyzysku. Do tego sprowadzał się także model jugosłowiański, negujący sprzeczność interesów między robotnikami a innymi warstwami społecznymi wynikający z odmienności miejsca w systemie produkcji. Program Samorządnej Rzeczypospolitej nie był jednoznaczny z programem dyktatury proletariatu. Program dyktatury proletariatu mógł być zaledwie jedną z opcji prorobotniczych, której zwycięstwo w sercach robotników nie było przesądzone spontanicznie. Podobnie, jak trudno przychodziło Marksowi przekonać robotników do swojego programu, odmiennego od demokratyczno-liberalnych koncepcji.

Na koniec, warto przytoczyć przywoływany przez Drwęskiego fakt historyczny, chociaż niekoniecznie zinterpretowany w sposób całkowicie zgodny z faktami: „W tym samym czasie zespół Jaruzelski-Rakowski próbował osłabić pozycję ‘twardogłowych’ przywódców w PZPR i OPZZ, którzy dość poważnie podeszli do obrony interesów klasy robotniczej. Rozpoczął się wyścig między zwolennikami kontrrewolucyjnych reform kapitalistycznych, nieujawniającymi jeszcze swoich prawdziwych celów, a zwolennikami nowego ducha socjalizmu” (s. 256).

Akurat Grupa Samorządności Robotniczej działała w Warszawskim Porozumieniu Związków Zawodowych, organizacji zrzeszającej zbuntowane wobec oportunizmu kierownictwa OPZZ organizacje związkowe. Niestety, Drwęski obalając jeden mit, buduje kolejny. Kierownictwo OPZZ tylko przez krótki czas wydawało się przyczółkiem dla obrony interesów robotniczych czy areną wymiany poglądów prorobotniczych. OPZZ ewoluowało w podobny sposób, co reszta biurokratycznej nomenklatury, nie czyniąc wyjątku w kwestii uwłaszczenia.

Drwęski zauważa: „władza, koncesjonowana opozycja i Kościół szukały porozumienia, starając się nie dopuścić do tego, by na owej fali niezadowolenia wyrosło nowe pokolenie zaprawionych w boju działaczy, z których jedni już przechodzili na stronę skrajnego antykomunistycznego nacjonalizmu, a drudzy – radykalnej lewicy. Z kolei OPZZ okazywało coraz większe rozdrażnienie polityką gospodarczą władz, ale nie miało siły, by systematycznie przeciwstawiać się kierunkowi partii, z którą było powiązane na wiele sposobów” (s. 257).

W strukturze samego OPZZ (redagowanie pisma ogólnopolskiego) Grupa nie zagrzała miejsca – współpraca skończyła się po jednym numerze. Najwyraźniej GSR miała zbyt mało wyobraźni, aby przekonać sama siebie do „obiektywnej” skłonności ewolucji biurokracji związkowej w kierunku konsekwentnej obrony interesów robotniczych i wartości socjalistycznych.

Podobnie rzecz się miała z „twardogłowymi” obrońcami socjalizmu w wersji biurokratycznej, w aparacie ideologicznym PZPR. Ideowa ewolucja aktywnych obrońców owych wartości, skupionych wokół wrocławskiego pisma „Sprawy i Ludzie”, „obiektywnie” podążyła ścieżką zaklasyfikowania realsocjalizmu do kategorii „państwowego kapitalizmu” i poszukiwania chrześcijańskich korzeni marksistowskiego humanizmu (np. Marek Zagajewski).

Zaangażowanie na rzecz obrony socjalizmu, choćby z biurokratycznym wypaczeniem, powodowało „obiektywną” ewolucję raczej w kierunku populistyczno-nacjonalistycznym niż konsekwentnie robotniczym. Co najwyraźniej jest kierunkiem akceptowanym przez samego autora.

*

Ton, jakim Solidarność posługiwała się w relacjach z rządem, przypominał stosunek więźniów obozu Auschwitz do swoich byłych katów: nienawiść, pogarda i chęć upokorzenia na wszelkie sposoby. Jednym słowem, był to głos odwetu, a nie rozsądku i trzeźwej refleksji. Atmosfera nagonki panowała także na niższych szczeblach, łamiąc ludzi związanych z systemem nie zawsze w celach kryminalnych bądź w złej wierze. Ten ton nie był nowością. Arogancja, z jaką stalinowscy propagandyści traktowali ciemnych tubylców, niewdzięcznych wobec władzy ludowej, która dała im pokój, chleb i możliwość spokojnego zarobkowania bez obawy przed kapitalistycznymi cyklami koniunkturalnymi, przetrwała i po „nawróceniu się” owych gorliwych instruktorów miłości do ZSRR na demokrację i rynek. Zwróciła się ona teraz ku tym, którzy nadal traktowali komunizm w sposób poważny. W ten sposób, stalinowska arogancja przetrwała i stała się obowiązującą butą podbudowaną świadomością poparcia zachodniego, wolnego świata.

Ci sami działacze opozycyjni byli bardzo wyczuleni na „robotniczą butę”. No cóż, co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie… Robotnik w okresie Solidarności uznał siebie za hegemona obarczonego misją dziejową. Cóż za marksistowsko-leninowska bezczelność!

Wszystko było podlane słodkim i fałszywym do mdłości sosem chrześcijańskiej, koncyliacyjnej obłudy, która w odczuciu społecznym łagodziła ową arogancję, uznawaną za przejaw uzasadnionego odreagowania za 3 dekady komunistycznej poniewierki.

Przy okazji, racjonalności w twardości żądań wobec władzy było za grosz. Weźmy za przykład tekst uchwały z I Zjazdu Solidarności, w którym związek uznał za swój obowiązek przejąć na siebie obowiązek kontroli działań rządu w obliczu nadchodzącej zimy.

„Teza 2 – Nadchodząca zima wymaga energicznych działań doraźnych – Związek ogłasza stan gotowości ludzi dobrej woli.

Nadchodzi zima, która wobec rozkładu gospodarki może zagrozić społeczeństwu. Istnieje obawa, że władze nie sprostają temu zagrożeniu. Trzeba będzie zorganizować pomoc społeczną. Nasz Związek ogłasza stan gotowości ludzi dobrej woli.

1.      Działania doraźne w gospodarce.

a)      Władze Związku winny wystąpić do Rządu o zapoznanie ich z rządowym programem przetrwania zimy.

b)     Związek będzie domagał się, by władze bezwzględnie zapewniły dostateczne ogrzanie i oświetlenie mieszkań w mieście i na wsi oraz pokrycie zapotrzebowania na podstawowe artykuły konsumpcyjne (ciepła odzież, żywność).

c)      Samorządy pracownicze przy pomocy Komisji Zakładowych powinny:

– dopilnować wykorzystania dóbr wytworzonych w wolne soboty i w ramach dodatkowej produkcji, a zwłaszcza artykułów konsumpcyjnych;

– porozumiewać się w sprawie podziału tych dóbr i kierować je w miejsca najbardziej zagrożone;

– przystosować organizację produkcji do ograniczeń energetycznych oraz ułożyć współpracę z władzami regionalnymi Związku, a także dyspozycją mocy na okres zimy.”

Następnie tekst opisuje sposoby współpracy organizacji społecznych (jak harcerstwo czy NZS) w celu zabezpieczenia pomocy społecznej, w tym pomocy zagranicznej.

Nietrudno zauważyć, że jest to praktyczne wyobrażenie o wdrożeniu programu samorządności społecznej, niejako wymuszenie drogą faktów dokonanych owego programu. Miałoby to sens, gdyby faktycznie zostały zerwane możliwości koordynacji działań w ramach dotychczasowych struktur. Normalnie, aktywność oddolna miałaby charakter reagowania na bieżąco na niesprawność systemu.

W okresie rewolucji rosyjskiej, takie działania były wymuszone wojną oraz koniecznością przestawienia produkcji militarnej na pokojową i na zaopatrzenie ludności cywilnej. Rady musiały przejąć funkcje realnie sparaliżowanej władzy carskiej.

W przypadku Solidarności, związek przede wszystkim żąda zapoznania się z planowanymi działaniami władzy i zapewnia sobie funkcje kontrolno-monitorujące oraz luksus rozdzielania potrzebnych dóbr, zaznaczając, że chodzi głównie o dobra wytworzone w wolne soboty i w wyniku pracy dodatkowej (plus dobra otrzymane z zagranicy). Wyraźnie celem związku nie jest współpraca z władzami, ale próba stworzenia równoległej władzy, powtórzenie sytuacji dwuwładzy, czyli odwołanie się do kostiumów minionej epoki.

W tym rozumowaniu przejawia się później ujawniona logika nowoczesnego myślenia lewicowego, a mianowicie uczepienie się kwestii podziału jako kwestii zasadniczej. Umyka intelektualistom kwestia rozdwojenia sytuacji klasy robotniczej (jako że rzecz dotyczy produkcji jak najbardziej materialnej). Robotnicy są zmuszeni do pracy dla „okupacyjnej” władzy w normalne dni, zaś dla „wolnej” Polski w ramach produkcji dodatkowej.

Podobnie, jak w przypadku systemu jugosłowiańskiego, klasa robotnicza, producent owych dóbr, ma niewiele do gadania. Nowe struktury samorządowe, obejmujące przedstawicieli innych grup społecznych, mają zarządzać redystrybucją dóbr konsumpcyjnych wyprodukowanych przez wytwórców bezpośrednich, ubezwłasnowolnionych w ten sposób wtórnie. Ów system może przyczynić się do wzrostu efektywności samej produkcji, ale niewiele wspólnego ma z emancypacją klasy robotniczej.

Warto uświadomić sobie, że w gruncie rzeczy, program Samorządnej Rzeczypospolitej niewiele ma wspólnego z dekoracją, w którą się przystroił w przekonaniu radykalnej lewicy, ale więcej z myślą programową ruchów ludowych. Przytoczmy opracowanie Jana Koziara, Społeczna gospodarka rynkowa i Samorządna Rzeczpospolita. Programy aktualne i obowiązujące, Wrocław, sierpień 2011 (tylko w formie cyfrowej):

„Koncepcja Izby Samorządowej ma w Polsce dobrą tradycję a poza tym nawiązuje do rozwiązań zagranicznych. Tuż po wojnie wprowadziło ją do swych programów (w opozycji do programu komunistów) Polskie Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Pracy a w 1981 „Solidarność”. Po upadku komunizmu, w trakcie prac nad nową konstytucją, uwzględnił ją projekt PSL i Unii Pracy. Warto tu przytoczyć jej uzasadnienie przedstawione na Zgromadzeniu Narodowym w 1994 roku przez posła PSL Aleksandra Łuczaka: <> W roku 2002 propozycję przekształcenia Senatu w reprezentację samorządów zawierał program samorządowy organizacji polsko-polonijnej „Liga Polska”. Przytaczam ją w całości: <> W 2004 roku Polskie Stronnictwo Ludowe umieściło postulat Izby Samorządowej w swym dokumencie programowym <>, zatwierdzonym na VII Kongresie PSL w październiku tego roku. Wprowadzenie przedstawicieli samorządów do Senatu postuluje projekt nowej konstytucji z roku 2010, opracowany przez PiS: <>

Jednocześnie PiS ostrzega przed przekształcaniem się zawodowych organizacji samorządowych w zamknięte korporacje naruszające prawo wykonywania zawodu, co w dzisiejszej Polsce ma już miejsce. Koncepcja Izby Samorządowej znalazła mocne poparcie ze strony grupy prezydentów miast organizujących się z inicjatywy prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza w ruch <>. Samorządy dzielą się na dwie duże grupy: samorządy terytorialne i samorządy zawodowe (gospodarcze). Podział ten powinien znaleźć odbicie w strukturze i działaniu Izby Samorządowej. Samorządy gospodarcze mają już swoją pozasejmową organizację w postaci Krajowej Izby Gospodarczej. Stanowi ona gotową bazę do tego typu reprezentacji w parlamentarnej Izbie Samorządowej. Główną rolą Izby Samorządowej powinno być kreowanie, modyfikacja i nadzór, całościowej strategicznej polityki gospodarczej naszego państwa” (s. 17-19).

Ta wypowiedź najlepiej uwypukla różnicę między samorządnością robotniczą, którą można uznać za odpowiednik dyktatury proletariatu w warunkach pokojowych, a samorządami różnego typu organizacji społecznych, które skupiają interesy różnych grup i warstw społeczeństwa.

Program Samorządnej Rzeczpospolitej nie miał charakteru samorządu robotniczego zabezpieczającego osobny interes klasowy robotników z perspektywą zniesienia wyzysku tej klasy.

Nie jest tak, że program Samorządnej Rzeczpospolitej postulował gospodarkę komunistyczną. Zawierał postulat gospodarki rynkowej z partycypacją pracowniczą, czyli program uwzględniający doświadczenie jugosłowiańskie uznane za pozytywne w odróżnieniu od doświadczenia modelu radzieckiego. Rzecz w tym, że nie stał on w sprzeczności z postulowanym modelem socjaldemokratycznym przez Rakowskiego w okresie poprzedzającym czasy Solidarności. W pewnym sensie, można zapytać, po co był cały ten okres zawieruchy prowadzącej do przejęcia gospodarki przez neoliberalizm, jeśli polityka konwergencji prowadziła do upodobnienia gospodarki polskiej do społeczno-rynkowego modelu niemieckiego w sposób pewny i skuteczny, w ramach ewolucji biurokracji.

W pewnym sensie, solidarnościowy eksperyment był obliczony na inny typ postępu w kategoriach lewicowych, a mianowicie zainteresowanie tym eksperymentem ze strony zachodniej lewicy miało podłoże takie, że testowało możliwość ustanowienia suwerenności społeczeństwa jako takiego, pozbawionego władzy państwowej nad sobą. Nie tyle wyzwolenie klasy robotniczej, co anarchistyczna koncepcja samorządności społeczeństwa (w ramach radykalnej demokracji) jako takiego była celem politycznym lewicy. Zagrożeniem było co najwyżej ustanowienie gospodarki partycypacyjnej typu zachodnioeuropejskiego, a więc sprzyjającego walce w warunkach demokracji. Dlatego też lewica radykalna nie dostrzegała realnego zagrożenia z tej strony. W najśmielszych snach nie podejrzewała, że robotnicy mieliby cokolwiek utracić w wyniku bezwarunkowego krachu realnego socjalizmu i oczekiwanego upadku biurokratycznego aparatu władzy.

Całe to doświadczenie wskazuje na niedocenioną mądrość Lenina, który przeczuwał z instynktem godnym reprezentanta „klasy ludowej” , że spontaniczna aktywność robotników tworzy doskonałe podłoże dla ścierania się różnorodnych programów politycznych i że w tej walce nie może zabraknąć partii wyrażającej i reprezentującej interesy klasowe robotników. Inaczej robotnicy zostaną wykorzystani i wyciśnięci jak cytryna przez politycznych graczy.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
1 marca 2021 r.