Francuska NPA (Nouveau Parti Anticapitaliste, spadkobierca posttrockistowskiej organizacji związanej ze zgasłym przed laty tzw. Zjednoczonym Sekretariatem IV Międzynarodówki), w swoim najnowszym numerze DR („Démocratie révolutionnaire”, 12 września 2021) stwierdziła, co następuje: „Podczas gdy Rada Państwa zawiesiła z końcem czerwca nowe wyliczenie zasiłku dla bezrobotnych ze względu na sytuację społeczną, Macron chce, od 1 października, narzucić swą całościową reformę zabezpieczeń w razie bezrobocia. Według UNEDIC [Międzyzawodowy związek na rzecz zatrudnienia w krajowym przemyśle i handlu], doprowadzi to do zmniejszenia zasiłków dla niemal miliona pracowników zatrudnionych tymczasowo, którzy i tak już ledwo wiążą koniec z końcem. Ale wedle Macrona i przedsiębiorców, należy zmusić pracowników do przyjmowania byle jakiej pracy za najniższą płacę. W tym tygodniu cynicznie podsumował to Castex: ‘Należy zrobić wszystko, aby ludzi zachęcić do pracy’!” (DR, Laurent Delage, Pour les profits, la reprise est au plus fort ! A nous de mettre le gouvernement et le capitalisme en accusation !)
Słuszne, klasowe oburzenie!
Problem w tym, że totalnie jałowe i to ze względu na głębokie przyczyny, u których korzenia leży błąd teoretyczny.
Czasy się zmieniły, czego lewica (nie tylko we Francji) nie chce przyjąć do wiadomości. Przestarzałe, XX-wieczne poglądy należy wreszcie odłożyć do lamusa i sięgnąć do Marksa i jego wizji przyszłości, w której kapitalizm zostanie przezwyciężony.
Lewica protestuje przeciwko narzucaniu bezrobotnym prac, których ci nie chcą wykonywać. Nie dość, że te prace uwłaczają ludzkiej godności (drobnomieszczanina), ale jeszcze do tego są bardzo nisko opłacane. I mamy pat i paradoks.
Prace najbardziej potrzebne są najniżej opłacane, ponieważ niemal nie wymagają kwalifikacji zawodowych, jak np. śmieciarz czy dozorca. Lewica, oczywiście, optuje za modelem, w którym praca jest opłacana wedle jej wartości, tj. zgodnie z kwalifikacjami.
Problem w tym, że wedle teorii marksizmu, opłaca się nie „pracę”, ale siłę roboczą. Czyli człowieka, a wszyscy ludzie są równi. Jak różnicować wartość indywidualnych bytów? Oto jest pytanie…
Kto więc powinien wykonywać te prace? Albo inaczej – jak wysoko powinny być one wynagradzane?
Normalny człowiek oburza się, że jakiś zamiatacz ulic miałby otrzymywać więcej niż profesor uniwersytetu. Przytacza się ze zgrozą historie o tym, jak to gdzieś z Londynie, jakiś docent pracuje na zmywaku. Ale przecież w końcu ktoś tę pracę musi wykonać. Taki docent (np. specjalista od neoliberalnej ekonomii) jest niby lepszym, bardziej wartościowym człowiekiem niż uchodźca z Syrii?
Gdyby był popyt na specjalistów z ekonomii, docent pracowałby w London School of Economics, ale widocznie jest zbyt mikry lub nie ma siły przebicia. Pracuje dla kasy, a nie dla sławy, także w swojej specjalności, nie tylko na zmywaku. Co za różnica dla klienta baru czy dla studenta?
Ale przyjrzyjmy się sprawie z innej strony.
Mamy w Polsce wysyp tanich pracowników z Ukrainy. Zdumiewająco wiele polskich rodzin korzysta z usług Ukrainek, które robią za pomoc domową. Nieważne, czy mają wykształcenie wyższe, czy nie. Wykonują proste prace gospodarskie. Ale polskie pracodawczynie narzekają, że płacą im jak za zboże. Zgrzytają zębami i płacą, bo nie sposób obejść się bez ich pracy.
Tymczasem, na poziomie zbiorowości (wspólnoty, jak to się dziś w katolickim kraju przyjęło ładnie nazywać coś, co nie przypomina nawet z daleka spółdzielni, nie mówiąc już o chrześcijańskim kraju), ta sama polityka nie jest możliwa. Ci sami ludzie uważają, że wygórowana płaca za proste czynności jest wręcz demoralizująca (jak na początku XIX wieku za demoralizujące uznawano próżnowanie pięcioletnich dzieci). Dlaczego więc z własnej woli płacą tak dużo za pracę, za którą jako członkowie „wspólnoty” (bądź co bądź chrześcijańskiej) nie chcą płacić?
Odpowiedź jest prosta: bo w przypadku prywatnego gospodarstwa alternatywą byłoby wykonanie samemu tej pracy, natomiast w przypadku „wspólnoty” (mieszkaniowej, narodowej, ogólnoludzkiej) można zamknąć prywatne drzwi i nie widzieć brudu, który jest wspólny. Więc może ktoś inny się tym zajmie i posprząta. A w ogóle, to przecież płacimy wyspecjalizowanej instytucji zatrudniającej ludzi po maturze lub po magisterium, których pracą jest znalezienie frajera, który by za śmieszne pieniądze wykonał prace porządkowe. Mielibyśmy do tego jeszcze dopłacać tyle samo albo i więcej „specjaliście od utrzymania powierzchni”?
Może by tak zrezygnować z utrzymywania administracji i samemu pozamiatać lub odśnieżyć? Ale niby dlaczego akurat ten jaśnie pan miałby się poświęcać, jeśli inny pan jest jeszcze bardziej jaśniepański i nie zamierza swoich dyplomów marnować w pyle ulic?
„Porządni ludzie” nie zżymają się, kiedy trzeba płacić prywatnie, bo to nawet podnosi ich status, a wiadomo – status kosztuje. Ale wspólnie? Wszyscy tak samo? Cały status diabli wzięli!
Słusznie lewica ujmuje się za bezrobotnymi, których się obraża propozycjami pracy za nieodpowiednie wynagrodzenie. Ale czy jest gotowa na przyjęcie smutnej prawdy, że te prace wedle kryterium wartości (przydatności społecznej) i, przede wszystkim, popytu na tę właśnie siłę roboczą, powinny zapewniać ich wykonawcom wynagrodzenie powyżej przeciętnego, gdzieś na poziomie dyrektora banku Paris Agricole lub innego? Tak po sprawiedliwości społecznej…
Pewne rodzaje prac (usług) cieszą się większym popytem niż inne. Prywatyzowanie przestrzeni publicznej tylko do pewnego momentu przesuwało problem w przyszłość. Grodzić się, zamykać drzwi lub przymykać oczy i tępić węch można do czasu. Problem powstaje na poziomie tych, których nie stać na skuteczne odgrodzenie, a ta masa nie jest przedmiotem szczególnej troski rządów, chyba że jako źródło niepokojów społecznych. Rozładowuje się je udając, że się coś robi. Solidarność tej masy i tak jest marzeniem ściętej głowy, ponieważ drobnomieszczaństwo z natury jest indywidualistyczne i zawistne. Z naturą trudno walczyć.
Przywilejem ludzi wykształconych jest to, że mogą wykonywać prace na swoim poziomie i te w dół (poza specjalistycznymi, wymagającymi specyficznych kwalifikacji zawodowych), więc presja konkurencji jest bardzo duża. Naturalnie cierpią ci, którzy nie mogą konkurować o prace w górę od swych kwalifikacji. Ale należy im się jednak godne wynagrodzenie, takie żeby mogli utrzymać siebie i rodzinę. Tylko, że kto im za to zapłaci? Budżet wspólny najpierw musi obsłużyć wymagania płacowe kadry specjalistów z wyższymi kwalifikacjami, którzy siedzą w biurze i nie zamiotą ulicy w razie czego, za swoje pensje. Jak się znajdą na ulicy, to zrobią to za o wiele niższe wynagrodzenie. Ale to zupełnie inna historia.
Te same proste prace można wykonać za o wiele więcej prywatnie, stąd brak podaży siły roboczej w sektorze publicznym. Tam też rynek jest regulowany, więc podaż siły roboczej nie spotyka się z popytem. Tymczasem popyt w sektorze prywatnym wskazuje, że w sektorze publicznym też byłby wysoki, ale tu podaż jest sztucznie hamowana za pomocą odstraszających płac. Alternatywy jednak nie można zbudować, więc pat trwa.
Lewica burżuazyjna zetknęła się z problemem, że nie sposób dalej reformować społeczeństwa kapitalistycznego, bo staje się to coraz bardziej irracjonalne. Doszliśmy do ściany. Rzecz w tym, że owa lewica jest poza tym modelem całkowicie bezradna.
Sprawa jest faktycznie nierozwiązywalna w kontekście kapitalistycznym. Gdyby puścić na żywioł rynek usług w sektorze publicznym, to mielibyśmy rozwiązany problem czystości ulic, ale jednocześnie mielibyśmy problem z bezrobociem w tzw. klasie średniej. Znikłyby bowiem wszystkie fikcyjne rodzaje zatrudnienia, które zostały wykreowane podczas propagandowo wystawnego okresu walki z „czerwonym zagrożeniem” podczas Zimnej Wojny.
Życie natomiast podsuwa alternatywy zgodne z dialektyką: tak naprawdę, to przyszłością jest wykonywanie osobiście prac porządkowych dla siebie i dla swojej wspólnoty. Dla zdrowia fizycznego i psychicznego…
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
13 września 2021 r.