Miniony rok zakończyliśmy kilkoma tekstami, których… nie opublikowaliśmy. Układaliśmy w głowie rzeczywistość.
Bycie marksistą zobowiązuje. Przede wszystkim do tego, aby analizować rzeczywistość, a nie swoje o niej wyobrażenia. Oczywiście, postrzeganie rzeczywistości jest zależne od interesu materialnego, który to postrzeganie organizuje. Najważniejsze więc jest to, aby zdawać sobie sprawę z tego, na czym polega nasze subiektywne widzenie świata i w pierwszych zdaniach uczciwie zdefiniować swój punkt widzenia. Naszym kryterium jest marksizm i społeczeństwo bezklasowe.
W związku z tym, wszystkie zjawiska rzeczywistości i zdarzenia analizujemy z tej perspektywy.
Oczywiście, nie sposób zaprzeczyć, że każdy punkt widzenia opiera się na szerszej podstawie filozoficznej, która uzasadnia racjonalność i realność przyjętych kryteriów. Filozoficzną podstawą marksizmu jest dialektyka. Mówi ona o tym, jak świat jest stworzony, jakimi mechanizmami jest napędzany i jakie transformacje są w nim możliwe (a jakie nie).
Dzięki takiej filozofii leżącej u podstaw światopoglądu mamy czerwoną nić przewodnią, która pozwala nam na nie zagubienie się w gąszczu pozornie chaotycznych wydarzeń i manifestacji zmieniającej się rzeczywistości. Każda filozofia dąży do minimalizmu, albowiem prawda wymaga bezpośredniości dostępu i ogarnięcia całości w jednym ruchu świadomości.
Należy jednak odróżniać filozofię od religii, której celem jest zakrycie całej skomplikowanej konstrukcji prawdy osiąganej drogą nieuprzedzonej analizy rzeczywistości i przedstawionej jako kondensacja owej wiedzy, której objęcie za pomocą jednego ruchu świadomości jest praktycznie nieosiągalne. Kondensowanie wiedzy wymaga hierarchizowania faktów, które zawsze może zostać zakwestionowane z poziomu niższego analizy. Prawda jest jedna i zamknięta, co powoduje, że zostawia na zewnątrz to wszystko, co przypadkowe. Świadomość ludzka opiera się na owych przypadkowościach, ponieważ owe przypadkowości odzwierciedlają kondycję danej osoby w świecie urzeczywistnionych przypadkowych wydarzeń. Nie ma w tym nic dziwnego ani zaprzeczającego logice dialektycznej. Radykalnie odmienne punkty widzenia są nieodłącznym i koniecznym elementem całości w przypadku człowieka. W świecie zwierzęcym, przedludzkim, radykalnie odmienne sposoby postrzegania rzeczywistości nie istnieją. Jeżeli pojawiają się, to pod wpływem obecności człowieka. Wskazuje na to fakt, że zwierzęta domowe zaczynają chorować na ludzkie choroby, ponieważ w ich umysłach pojawiają się możliwe wybory i związany z tym stres.
Prawda w dialektyce polega na kondensacji rzeczywistości postrzeganej w jej aspektach koniecznych (nieprzypadkowych). Dialektyka ujmuje sprzeczności między indywidualnymi perspektywami w ich całościowym wyrazie, a więc doprowadza do zniesienia nieistotnych (z ogólnego punktu widzenia) różnic w wyniku ich wzajemnego nakładania się i negowania. Jest to proces przejawiający się w starciu sprzeczności, które ulegają przemianom, pozostając wciąż tylko ruchem w ramach jednego, wchłaniającego wszystkie sprzeczności, mechanizmu nieodłącznego od procesu dialektycznego. Każdy proces jest dialektyczny, ponieważ wyraża się właśnie tak: pojawienie się konfliktu wynikającego ze sprzeczności wewnętrznej, wyczerpanie potencjału tkwiącego w danym przypadku sprzeczności i rozwiązanie poprzez przejście do innego, wyższego stadium konfliktu. Proces jest nieskończony.
Filozofia dialektyczna jest zainteresowana mechanizmem, który znajduje się na meta-poziomie, a więc na poziomie ponadjednostkowym, a nawet ponadludzkim, jeśli tego wymaga możliwość rozwiązania określonego konfliktu. W ten sposób można ustosunkować się do konkretnych, realnych sprzeczności napędzających rzeczywistość ludzką.
Krytycy dialektyki twierdzą, że dialektyka jest błędna, ponieważ sprowadza skomplikowane mechanizmy świata ludzkiego, włączające w siebie ludzką świadomość, do mechanizmu odpowiedniego dla analizy świata przyrodniczego (fizycznego), w którym nie ma świadomości. Niżej pokażemy, że jest całkowicie inaczej.
Dla części krytyków jest jasne, że cały świat musi mieć u swych podstaw pewną świadomość, która znosi dialektyczność procesu. Jest to świadomość boska. Przyjęcie świadomości boskiej wyklucza prawdziwość dialektyki, ponieważ proces dialektyczny z założenia nie może obejmować osoby Boga. Tymczasem dialektyka jest najogólniejszym mechanizmem istnienia rzeczywistości, a więc z założenia obejmuje wszystkie byty, w tym byt boski (gdyby takowy istniał). Dialektyka sprowadzałaby taki ewentualny byt do kategorii wyższej cywilizacji i narzucała mu nadal swoje prawidłowości. Rywalizacja między dialektyką a religijnym myśleniem jest więc oczywista.
Religia z pojęciem Boga nie różni się zasadniczo od dialektyki, jeśli chodzi o pojęcie pierwszej przyczyny. Religia nie tłumaczy skąd wziął się Bóg. Podobnie dialektyka nie tłumaczy dlaczego raczej istnieje Coś niż Nic.
Różnica jest czysto ideologiczna. Religia napotyka na problem różnorodności subiektywnych punktów widzenia, które pojawiły się wraz z homo sapiens. Tajemnica stworzenia pozostaje tajemnicą, ale uspokajająco religia twierdzi, że istnienie Boga tłumaczy tę tajemnicę, której nie sposób pojąć rozumem. Religia bazuje na tym, że dla większości ludzi nie ma absolutnie żadnego znaczenia kwestia pierwszego początku. Przynależność do konkretnego systemu religijnego daje im jednak poczucie wyższości wobec tych, którzy w świetle „naszej” religii dają w tym względzie jakieś prymitywne wyjaśnienia. Co prawda, my tego nie pojmujemy, ale najlepsi spośród nas, najinteligentniejsi i najlepiej wykształceni jakoś zbliżają się do tego zrozumienia. Czyli ich chwała przenosi się na nas, bo chociaż ni w ząb nie pojmujemy tajemnicy, ale należymy do kibiców Jedynej Prawdy.
W sensie filozoficznym, religia rozumie problem z wyjaśnieniem pierwszej przyczyny. Jej teoretycy tworzą często różne koncepcje heretyckie, które spotykają się z odpowiedziami dialektyki. Dopóki są one utrzymane w tajemnicy, nic się złego nie dzieje. Gnostycy mają instynkt samozachowawczy i trzymają swoje myśli w utajeniu. Zresztą ta ostrożność nie wynika jedynie z poczucia zagrożenia. Zasadnicza mądrość Dao (myślenia dialektycznego par excellence) utrzymuje, że Dao wypowiedziane przestaje być Dao. Mądrość gnostyków tak samo pozostaje tajemnicą, ponieważ nie daje się wypowiedzieć. A wypowiedziane konsekwencje (np. polityczne) dopiero mogą stanowić podstawę do prześladowania,
W ten sposób, religia buduje hierarchiczność wtajemniczenia, co prowadzi do pewnego porządku społecznego, w którym nie ma równości w dostępie do wiedzy, a więc – do władzy. Zinstytucjonalizowana religia stanowi podstawę dla hierarchicznej struktury społecznej, która nie wymaga wyjaśnienia i uzasadnienia, ponieważ można się zawsze powołać na pierwszą tajemnicę. Jeśli człowiek raz przyjmie konieczność czy normalność istnienia tajemnicy w zasadniczej kwestii i to, że ona uzasadnia reguły narzucone z góry, to jest w konsekwencji bezradny wobec najgłupszego nawet uzasadnienia nierówności społecznej. Jeżeli system społeczny działa w sposób względnie zadowalający, to nie ma potrzeby kwestionowania hierarchii społecznej. Nie ma potrzeby odkrywania jakiejś bardziej sprawiedliwej jego formy, ponieważ każda utopia stoi w opozycji do uświęconych mechanizmów społecznych, wynikających z pierwotnej przyczyny, która jest tajemnicą.
Z punktu widzenia dialektyki można zasadnie zastanawiać się nad tym, że poprawianie czegoś, co funkcjonuje zadowalająco, prowadzi do chaosu i w efekcie – do pogorszenia sytuacji ogólnej. Działanie nabiera sensu w momencie, kiedy pojawia się sprzeczność, która domaga się rozwiązania. Niezmienność świata przedludzkiego nie rodzi takich dylematów. Wszystkie sprzeczności spotykane w realności są rozwiązywane na poziomie indywidualnym i to nie oddziałuje na całość sytuacji gatunku.
Zaistnienie człowieka zmienia jednak ten niezmienny mechanizm. Człowiek styka się ze sprzecznościami, z konfliktami, i rozwiązuje je nie poprzez adaptację, ale poprzez zmianę rzeczywistości. Tak więc przeznaczeniem człowieka okazuje się zmiana rzeczywistości.
I to stwierdzenie ma znaczenie.
Tak naprawdę, religia usiłuje pogodzić nowy, aktywny czynnik rzeczywistości (człowieka) z ideałem świata przedludzkiego. Cenność tego świata przedludzkiego polega na jego niezmienności. Bóg stoi na straży niezmienności praw natury i reguł rządzących społeczeństwem ludzkim. Ideałem jest bowiem ożywiony ruch, który prowadzi do utrzymania wszystkiego, tak jak jest, z wyższej perspektywy. To też dialektyka.
*
Oczywiście, świat przedludzki nie jest pozbawiony elementu aktywnego (Yang u starożytnych Chińczyków), a więc jakiegoś zalążku świadomości, który jest niezbędny każdemu organizmowi, aby mógł poruszać się w środowisku fizycznym. Tryumf bogobojnych obywateli jest jednak przedwczesny, albowiem istnienie takiego zalążku świadomości od zarania pojawienia się Wielkiego Czegoś w odróżnieniu od Wielkiego Nic sugeruje co najwyżej, że Bóg z jego świadomością jest bytem (pojęciem) ewoluującym. Jego świadomość jest zmienna, uwarunkowana przemianami samej rzeczywistości, co skądinąd wyjaśnia nam dialektyka. Dochodzimy więc do punktu, w którym istnienie Boga kojarzymy raczej z wyższą, wcześniejszą cywilizacją, a nie z fundamentalnym czynnikiem sprawczym Wszechświata. Historycznie wyrażało się to również w utożsamianiu Boga z Naturą i prowadziło do koncepcji panteistycznych. Te ostatnie nie były akceptowalne z pozycji uświęconego porządku społecznego, oczywiście – hierarchicznego. Dialektyka wyprowadza wszystkie zjawiska po kolei, wedle określonych prawidłowości, ze swego wnętrza, nie uciekając się do żadnych zewnętrznych tłumaczeń ad hoc. To stanowi o elegancji dialektyki (w odróżnieniu od nagiej brzydoty koncepcji religijnych, które dopiero zawodowi kapłani ubrali w strojne ornamenty – szaty króla).
*
Te rozważania są fundamentem naszego zasadniczego problemu, a mianowicie, czy możliwe jest społeczeństwo bezklasowe w sensie Marksowskim. W sensie nowolewicowym, jak widzimy, to pojęcie jest obecnie w trakcie kryzysu i rozkładu. Dla przypomnienia: w rozumieniu szeroko pojętej Nowej Lewicy, społeczeństwo bezklasowe to takie, w którym zasadniczo klasowy sposób produkcji można skutecznie ożenić z egalitarnym podziałem wtórnym bogactwa społecznego. I ten model, ucieleśniony w modelu państwa socjalnego na bazie postkapitalizmu (czyli imperializmu opartego na globalnym systemie finansowego wyzysku produkcji w „otoczeniu niekapitalistycznym”) właśnie przeżywa rozkład, który nabrał przyspieszenia od upadku ZSRR.
W sensie Marksowskim natomiast, społeczeństwo komunistyczne polega zasadniczo i koniecznie na zmianie sposobu produkcji. Koniec, kropka. Nie na sposobie wtórnego podziału dochodu i dochodów. Faza przejściowa, socjalistyczna, jest dla tzw. Nowej Lewicy fazą zrealizowanego społeczeństwa bezklasowego. Dlatego lewica zachodnia (w tym i nasza) nie walczy z kapitalizmem, tylko go „oswaja” i naiwnie sądzi, że może go podporządkować celom egalitarnym. Tymczasem, rzeczywistość społeczna ewoluuje zgodnie z systemem produkcji w kierunku społeczeństwa stanowego, które obiecuje przywrócenie równowagi między rozchwianymi elementami rzeczywistości. O tym pisaliśmy już nie raz, więc nie będziemy się tu zatrzymywać.
Tak więc, społeczeństwo bezklasowe wymaga zmiany sposobu produkcji.
*
Czy jest to zgodne z dialektyką?
Zasadniczo, pojawienie się człowieka z rozumem jako głównym narzędziem działania w realnym świecie to istotna zmiana. Zmiana, która najpierw stwarza pewien konflikt, a później rozwiązuje związaną z nim sprzeczność, jakiś martwy punkt. Świat przedludzki ewoluował niezwykle powoli, niezauważalnie. Pojawienie się człowieka dodało dynamiki, która doprowadziła do pojawienia się sprzeczności między ową dynamiką zmian a stagnacyjnym postrzeganiem świata.
Pojawił się problem ekologii. Przedrozumny świat mógł swobodnie i bez wyrzutów sumienia korzystać z zasobów, ponieważ nie był w stanie wpłynąć na ogólny stan przyrody. Nasze pojęcie wolności ukształtowało się na tej sytuacji. Społeczeństwo bezklasowe (komunistyczne) wprowadza świadome korzystanie z zasobów, co oznacza pewien stopień samoograniczenia. Łącznikiem między świadomością samoograniczenia a żywiołowym sposobem podejścia do tego problemu jest uczynienie z partykularnego interesu klasy bezpośrednich producentów obiektywnego mechanizmu zarządzania środkami produkcji. W standardach dzisiejszych jest to odbierane jako autorytaryzm. Jednak bez egalitaryzmu społeczeństwa bezklasowego, zachowanie wolności oznacza zachowanie jej tylko dla części społeczeństwa, przy ograniczeniu dostępu do wolności całej reszty.
Wygląda na to, że opcja społeczeństwa komunistycznego jest koniecznością z perspektywy rozwiązania zasadniczej sprzeczności procesu dialektycznego.
Większość społeczeństwa odrzuca sprzeczność między swobodnym czerpaniem zasobów planety a ich ograniczonością. Twierdzi się, że planeta jest w stanie wyżywić jeszcze kilkakrotność obecnej liczby mieszkańców. Czy jednak ideałem naszej wolności czerpania z zasobów Ziemi jest sprowadzenie ludzkości do kondycji hodowlanego stada, gdzie żywność jest podawana na taśmie?
Matematycznie można wyliczyć skutek wzrostu wydajności związanej z nasyceniem gleby środkami stymulującym wzrost i cieszyć się, że w ten ściśle zaplanowany sposób możemy zapewnić utrzymanie dalszym miliardom, ale czy to jest nasze marzenie?
Ludzie nie biorą pod uwagę prostego faktu, że prywatyzacja środków produkcji (a ziemia jest jednym z głównych środków produkcji) prowadzi do nierównomiernego zagospodarowywania areałów. Wraz z postępem prywatyzacji kurczy się zakres ziemi uprawnej, przeznaczonej na wyżywienie obywateli pozbawionych tytułów własności do środków produkcji. Tak więc zaczyna się wyścig między kurczącym się zasobem a zdolnością podnoszenia wydajności z hektara, a to wszystko oznacza spadek jakości pożywienia do poziomu, na którym problem rozwiązuje się sam, albowiem dobra spożywcze nie mają już ani molekuły substancji odżywczych. Nie ma mechanizmu, który by zapewniał ochronę interesu powszechnego przed zakusami kapitału.
Oczywiście, lewica uważa, że takim skutecznym mechanizmem pozostaje dążenie kapitału do maksymalizowania zysku. A żeby maksymalizować zysk, kapitał musi komuś sprzedawać swoje produkty. To jest ostatni szaniec obrony własnej ideologii nowolewicowej. Kapitał musi reprodukować społeczeństwo, bo musi odzyskać zainwestowane środki.
*
To przekonanie jest nieodłącznym towarzyszem nowolewicowego przekonania o tym, że każda praca najemna tworzy bogactwo. Nowa lewica utożsamia bowiem bogactwo realne, materialne, z wartością. A Marks napisał, że tylko praca żywa tworzy wartość. A więc, wnioskuje lewica – każda praca żywa tworzy bogactwo. I stąd bierze się przekonanie, że kapitalizmu nie należy znosić, a wystarczy go oswoić i zapędzić do dzielenia się zyskiem ze społeczeństwem dzięki istnieniu instytucji demokratycznych.
Tymczasem, kapitał produkcyjny już dawno stał się niewolnikiem kapitału finansowego, który maskuje fakt, że kapitalistyczne Centrum żyje z finansowego wyzysku Peryferii, które nie mają szans w żadnym horyzoncie czasowym osiągnąć etapu modelu zachodniego kapitalizmu.
To nie oznacza, że kapitał produkcyjny jest naszym sojusznikiem. Po prostu stosunki kapitalistyczne w ich starczym etapie stały się bardziej skomplikowane.
Jednak lewica uważa, że kapitał potrzebuje wciąż społeczeństwa, ponieważ potrzebuje zrealizować swoją produkcję w zysku. W pewnym sensie, powróciliśmy do fazy początkowej, ponieważ kapitał finansowy może jeszcze funkcjonować tak długo, jak długo będzie miał co zawłaszczać z bogactwa zgromadzonego przez społeczeństwo w okresie poprzednim. Jednak to przywłaszczanie nie odbywa się poprzez produkcję, ale poprzez wyciąganie oszczędności pod pretekstem inwestycji w lukratywne spekulacje. Kapitał produkcyjny już dawno stał się podporządkowany tym spekulacyjnym działaniom i skurczył się w sposób niesłychany. W efekcie kapitał produkcyjny nie potrzebuje już licznego społeczeństwa, ponieważ nie może wydziedziczać własnego społeczeństwa po to, aby konkurować z innymi kapitałami narodowymi na rynku światowym.
Dlatego nie ma specjalnie nic do podziału wewnątrz. Strumienie finansowe służą do rywalizacji między ograniczoną garstką elity o przywłaszczenie sobie obszarów, które jeszcze udają, że stanowią osobne jednostki narodowe.
Jednak ten cały kapitalizm finansowy ma tę wadę, że jest zbudowany na czystym powietrzu. Realne gospodarki mają swoją dynamikę, w odróżnieniu od systemu finansowego, który z definicji zanika wraz z oddalaniem się od źródła pierwotnego wartości: realnego produktu. Taka konstrukcja oparta na różnych aktywach pochodnych jest bardzo krucha i podatna na zawalenie się. Gospodarki wschodzące są oparte na rzeczywistym wysiłku produkcyjnym, tworzą realne bogactwo, ale są podatne na pokusę łatwego wzbogacenia się drogą korupcji i perspektywy wejścia na ścieżkę łatwego zysku ze spekulacji. Możliwość spekulacji jest bezpośrednio uzależniona od zaufania, że jeszcze przez jakiś moment cały system będzie przynosił zyski wybranym graczom. Zawalenie się całego systemu jest z góry przewidziane, ponieważ tylko dzięki temu krachowi jednym pociągnięciem ręki odpadają wszystkie problemy związane ze spłatą ewentualnych zobowiązań. Wygrywający spekulanci zostają z realnym bogactwem w postaci prywatnych obszarów, których nie będą obracali w ziemię uprawną dla ogółu (chyba, że za horrendalną cenę), zaś frajerzy-drobni inwestorzy zostaną z niczym. Otworzy się przed nimi świetlana perspektywa zostania nowymi proletariuszami dla odradzającego się, dynamicznego kapitalizmu z jego początkowej fazy.
Poza środkami militarnymi, kapitał ma jeszcze rezerwy w postaci spauperyzowanego społeczeństwa (sławetna klasa średnia), które wyzbywając się resztek majątku staje się proletariatem.
Odbudowa kapitalizmu z jego przemysłem jako mechanizmem generowania zysku wymaga bezwzględnie odtworzenia rezerwowej armii pracy. Prawica suwerenistyczna i trumpiści liczą na to, że uda im się cofnąć czas i że zbudują przemysł w zaciszu od konkurencji ze strony Globalnego Południa. Wówczas może proces proletaryzacji nie będzie tak brutalny. Problem w tym, że aby odbudować przemysł nie sposób nie narzucić brutalnej proletaryzacji własnemu społeczeństwu. Ponieważ przy okazji społeczeństwo zachodnie zostało pozbawione własności i przeszło całkowicie niemal na opiekę państwa, to nie jest budzącym nadzieję konsumentem niezbędnym dla realizacji zysku. W tym sensie nowoczesna lewica bardzo się przeliczyła w swej rachubie na skuteczność szantażu polegającego na przeświadczeniu, że kapitał nie ma innego wyjścia, jak utrzymywać społeczeństwo konsumpcyjne. Ten mechanizm jest mechanizmem błędnego koła, do systemu nie dochodzi nowa wartość, nowe bogactwo. Dlatego kapitałowi nie zależy na przetrwaniu społeczeństwa w jego dzisiejszej postaci. A to niweczy nadzieje lewicy na uratowanie się w tej Apokalipsie.
*
To nie oznacza, że nie można tego problemu rozwiązać inaczej.
Inne rozwiązania charakteryzują się tym, że chcą utrzymania poprzedniego mechanizmu niekontrolowanego czerpania z zasobów. A więc logicznym problemem, który tu się pojawia, jest to, że należy ograniczyć dostęp do zasobów. Wtedy ta część ludzkości, która zachowa ów dostęp, będzie mogła nadal korzystać bez ograniczenia. Zakłada się, ze przyroda będzie w stanie odtworzyć swoje zasoby w takiej sytuacji. Jednak koniecznym skutkiem takiego podejścia jest to, że część ludzkości, której odmówi się dostępu do zasobów na tej samej zasadzie, musi zostać z nieugiętą koniecznością uznana za nie-ludzi. Wówczas wszystko się będzie w tym rachunku zgadzało.
Pozostawiamy czytelnikom trud prześledzenia, w jaki sposób mechanizm dehumanizacji już faktycznie przebiega w naszej rzeczywistości.
*
I znowu, dla tzw. Nowej Lewicy jest to równoznaczne z przejściem do gospodarki przyjaznej środowisku naturalnemu. Cele społeczne są bowiem osiągnięte już na etapie gospodarki kapitalistycznej („postkapitalistycznej”) z mniejszymi lub większymi oporami ze strony kapitału. Te opory można pokonać dzięki instytucjom demokratycznym, co tłumaczy religijny wręcz fanatyzm nowolewicowy w odniesieniu do formalnych deklaracji demokratycznych najbardziej antydemokratycznych sił politycznych. Lewica nie ma innego wyboru, jak ślepo wierzyć różnego typu „demokratom”, ponieważ nie posiada żadnego innego oparcia społecznego, a więc i samodzielnego zaplecza politycznego. Dlatego lewica współczesna trwa w nieugiętym sojuszu z imperializmem. Ten sojusz – ponieważ lewica z definicji odrzuca perspektywę komunistyczną jako totalitarną – ma chronić społeczeństwo przed regresem do epoki tak przedkapitalistycznej (prawicowy i suwerenistyczny populizm), jak i recydywy wczesnego kapitalizmu (projekty reindustrializacji).
Regres w dowolnej postaci wiąże się z pauperyzacją tzw. klasy średniej, która stanowi główną opokę nowej lewicy. To tłumaczy praktyczne stanowisko polityczne lewicy. Lewica burżuazyjna utożsamia się z nurtem imperialistycznym, zaś lewica radykalna (która już dawno przeszła na poststalinowską konwergencję) utożsamia się z prawicowym populizmem i akceptuje (mniej lub bardziej ochoczo) reindustrializację. Wszystkie te postawy wiążą się z odrzuceniem marksizmu w wersji Marksa i perspektywy społeczeństwa bezklasowego.
W ten sposób nie ma alternatywy wobec perspektywy narzucanej przez obóz imperialistyczny.
Globalne Południe wchodzi na ścieżkę industrializacji i wczesnego kapitalizmu, powtarzając niejako model rozwojowy Zachodu. Przynajmniej taki jest zamysł.
*
I tu pojawia się realny ruch ze strony Zachodu.
Trump faktycznie – poprzez „specjalną operację wojskową” w Wenezueli pokazał, że Zachód zdecydowanie opiera się żywiołowemu rozwojowi gospodarki światowej, który przenosi aktywność i dynamikę do Globalnego Południa. To taki normalny tok rzeczy wynikający z wyczerpania się dynamiki na Zachodzie, co wiąże się z przejściem gospodarek państw rozwiniętych na oparte na usługach nieprodukcyjnych. Naturalnym ruchem jest to, że kraje nierozwinięte przejmują pałeczkę kapitalistycznego rozwoju, co prowadzi do faktycznego ogarnięcia całego globu systemem kapitalistycznym.
Jak nieraz już podkreślaliśmy, ostatnie sto lat trwał nieskuteczny proces globalizacji, który polegał na otoczeniu reszty świata finansowymi ścieżkami wyzysku gospodarek lokalnych. Postęp Trzeciego Świata w kierunku prawdziwego, kapitalistycznego rozwoju coraz bardziej ujawniał swój asymptotyczny charakter. Jednak naturalny ruch delokalizacji spowodował, że cały mechanizm wrócił na drogę uniwersalizacji kapitalistycznego modelu rozwoju. Ten ruch postawił Zachód w obliczu groźby, iż stanie się naturalnym „otoczeniem niekapitalistycznym (postkapitalistycznym)” dla dynamiki trzecioświatowej.
Trump i prawica populistyczno-nacjonalistyczna dobrze zrozumiała, że przed staniem się ofiarą – „otoczeniem niekapitalistycznym” – może Zachód ochronić powrót na ścieżkę dynamicznego, kapitalistycznego rozwoju. Jest to ruch z serii sprzeciwu wobec żywiołowego działania historycznego mechanizmu dialektycznego. Jest to możliwe, ponieważ tempo zmian jest tak szybkie, że zauważalne gołym okiem, a poza tym sam mechanizm podlega zrozumieniu przez umysł analityczny i logiczny.
Cała reszta wynika z tej sytuacji.
W tym świetle jasny jest cel operacji Trumpa w Wenezueli. Jasne jest także, dlaczego lewica oraz prawica popierają ten ruch. Celem prawicy suwerenistycznej jest bowiem umożliwienie Zachodowi powrót do dynamicznej gospodarki kapitalistycznej, co nie jest możliwe, gdyby zdać się na mechanizmy żywiołowe, na wolny rynek i inne duperele. Tu przewagę ma gospodarka chińska. Jednak nie jest to przewaga przytłaczająca.
Model chiński (i rosyjski) muszą obiecywać jakieś korzyści w porównaniu z modelem zachodnim. Obiecują więc włączenie regionów swego oddziaływania w mechanizm gospodarki kapitalistycznej, w odróżnieniu od tego, co miało miejsce w przypadku zachodniej globalizacji (czyli imperialistycznej polityki). Ingerencja Zachodu w ten proces sprowadza ową obietnicę do zera, ponieważ narzuca konieczność egoistycznej walki o partykularne interesy, nie oglądając się na ewentualnych sojuszników. Próba cichego wprowadzenia zacofanych gospodarek południowoamerykańskich została rozbita przez „nową doktrynę Monroe” prezydenta Trumpa w Wenezueli czy w Panamie. Również nie ma szans wprowadzenie porozumienia polegającego na dogadaniu się co do sfer wpływów na świecie. Zachód pragnie odzyskać wszystko.
*
Socjalistyczna (poniekąd w cudzysłowie) przeszłość Chin i Rosji stwarza złudzenie, że industrializacja pod ich przewodnictwem będzie nie tyle imperialistyczna, co będzie reprodukowała wzorzec międzynarodowego socjalistycznego podziału pracy z okresu działania RWPG. To są mrzonki, które lewica radykalna lubi upowszechniać od czasu transformacji. Poparcie lewicy dla modelu chińskiego bierze się z faktu, że Chiny były w konflikcie z ZSRR, a poza tym trwając w stalinowskim wzorcu jednocześnie budziły sympatię Nowej Lewicy ze względu na maoistowski przechył w kierunku anarchizmu i lewicy wolnościowej. Lewica burżuazyjna nie ma takich dylematów i odrzuca model chiński pod pretekstem jego autorytaryzmu. Nie jest w tym nic zaskakującego, ponieważ dla lewicy burżuazyjnej nie ma innej drogi ochrony tzw. klasy średniej, jak trzymanie się imperializmu amerykańskiego. Nie oznacza to, rzecz jasna, że starzy lewicowcy radykalni typu Ikonowicza nie reagują jak pies Pawłowa w przypadku Wenezueli (ale już nie Rosji, co jest związane z tradycją PPS i tzw. opozycji demokratycznej PRL). Niemniej, globalistyczno-imperialistycznego imperatywu nowolewicowego to nie zmienia. Jest to odruch warunkowy, nic więcej.
*
W koncepcji Marksa mieliśmy do czynienia z projektem, w którym osiągnięty poziom cywilizacyjny ma być dostępny każdej jednostce. To, o czym zapomniano później w nowolewicowych interpretacjach marksizmu to było powiązanie tej powszechności dostępu do kultury z pracą produkcyjną. Dynamika systemu kapitalistycznego nie może trwać w nieskończoność. Róża Luksemburg wyjaśniła nam, że wynika to z wyczerpania się „otoczenia niekapitalistycznego”. Kiedy „otoczenie” się kończy, wówczas zaczyna się samopożeranie kapitalizmu od wewnątrz. Logicznie i dialektycznie, wyczerpanie dynamizmu prowadzi do nieuchronnego powrotu do gospodarki samowystarczającej, zrównoważonej i spowolnionej. Marks nie przewidywał pierwszej rewolucji antykapitalistycznej w „otoczeniu niekapitalistycznym”, chociaż dostrzegał w Rosji i jej reliktach wspólnotowych pewnego podłoża, które dawało subiektywny bodziec rewolucyjny. Wyłom w „otoczeniu niekapitalistycznym” sprawił, że otoczenie to zaczęło stawiać do pewnego stopnia efektywny opór. Paradoksalnie, ten opór zadecydował o przedłużeniu istnienia „otoczenia niekapitalistycznego”, a więc i przedłużenia etapu agonalnego kapitalizmu o stulecie. Istnienie „otoczenia niekapitalistycznego” umożliwia bezkarne do pewnego momentu marnotrawienie zasobów i traktowanie przyrody jako niewyczerpalnego otoczenia dla rabunkowej gospodarki kapitalistycznej. Jednym słowem, jak już nie raz wskazywaliśmy, istnienie zracjonalizowanego „otoczenia niekapitalistycznego” w postaci obozu socjalistycznego i regionów oddziaływania w Trzecim Świecie umożliwiało kapitalizmowi przetrwanie. Zakłócony został proces dialektyczny, w którym system kapitalistyczny musiałby zderzyć się z wewnętrznymi sprzecznościami i ustąpić miejsca nowemu sposobowi produkcji.
Globalny kapitalizm przywrócił naturalny stan rzeczy i wsparł analizę Marksa. Marks przewidywał bowiem, że w etapie starczym kapitał straci dynamizm, czyli przezwyciężanie wewnętrznych sprzeczności drogą „ucieczki do przodu” kosztem „otoczenia”. Utrata możliwości dalszej maksymalizacji zysku prowadzi do postępującej polaryzacji społeczeństwa. Zanikają warstwy i grupy pośrednie, które zasilają głównie proletariat (klasę antagonistyczną wobec kapitalistów z punktu widzenia sposobu produkcji). Część warstwy pośredniej zwiąże swój los z losem kapitału, albowiem w takiej zredukowanej liczbie będzie potrzebna klasie właścicieli środków produkcji. Niemniej, to już nie będzie masowa „klasa średnia” obejmująca wszystkie kategorie pracowników najemnych, potrzebna ze względu na awans ludności wiejskiej w szeregi proletariatu miejskiego i pojawiające się zapotrzebowanie na masową edukację, służbę zdrowia czy usługi urzędnicze (biurokratyczne) związane z kierowaniem tym całym procesem rozrostu służb państwa.
Właśnie w tym antagonizmie klasowym widział Marks niepowtarzalną szansę ludzkości na przezwyciężenie klątwy społeczeństwa klasowego.
Jest to całkowicie sprzeczne z nowolewicowym rozumowaniem, gdzie nie dialektyczna sprzeczność, ale – wręcz przeciwnie – adaptacja do klasowego sposobu produkcji i narzucenie sposobu podziału totalnie nie wynikającego ze sposobu produkcji mają być społeczną podstawą dla rewolucji społecznej. Abstrahując już od sporu o definicję pracy produkcyjnej, konsekwencje takiego odrzucenia są tu widoczne gołym okiem. Nowolewicowe oderwanie sposobu podziału (a więc i kształtu społeczeństwa) od sposobu produkcji ma skutki w obnażeniu całkowitej niesamodzielności nowolewicowej teorii ekonomicznej, społecznej i politycznej wobec teorii burżuazyjnej.
*
Z dialektycznego punktu widzenia możemy sobie zadać pytanie, czy wysiłki w celu odtworzenia dynamicznej postaci kapitalizmu (odmłodzenie kapitalizmu) są realistyczne, czy też są skazane na niepowodzenie. Można na to odpowiedzieć w ten sposób, że na jakiś czas istnieją zasoby pozwalające na taki powrót do przeszłości. Problem w tym, że owe możliwe do wykorzystania zasoby to, z jednej strony, zasoby bogatych państw Zachodu, z drugiej, tradycyjnie Trzeci Świat.
Podobnie jak „dziki” etap pierwotnego kapitalizmu przetrawił najpierw zasoby wewnętrzne, sprowadzając warstwy i grupy pośrednie oraz część zbankrutowanej arystokracji do poziomu proletariatu, dzięki czemu powstały masy rezerwowej armii pracy umożliwiającej w ogóle powstanie kapitalistycznych stosunków produkcji, tak i dynamika nowouprzemysłowionych gospodarek domaga się ekspansji na „otoczenie zewnętrzne”, potem jak dokonała rewolucji w strukturach społecznych własnego kraju, przemieszczając ludność do miast i industrializując rolnictwo. Obecnie konieczna jest ekspansja zewnętrzna. „Otoczeniem” są bogate kraje Zachodu, tak jak niegdyś bezwzględnemu wyzyskowi poddano kopalnie złota i srebra na różnych kontynentach, zracjonalizowano i skomercjalizowano handel niewolnikami czy wprowadzono monokultury w regionach, które zapłaciły za to masowym głodem i wyludnieniem.
Dla Globalnego Południa, takim Eldorado dla ich kapitalistycznego rozwoju są państwa Zachodu.
Różnica polega na tym, że współczesne „otoczenie postkapitalistyczne” nie jest równie bezbronne, co przedkapitalistyczne społeczności – na etapie prymitywnych stosunków produkcji lub na etapie zrównoważonych gospodarek rozwijających się powoli i mało podatnych na impulsy, na które należałoby reagować błyskawicznie.
*
Prawica suwerenistyczno-populistyczna pragnie odtworzenia społeczeństwa przedkapitalistycznego z elementami kapitalistycznego wolnego rynku. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest to życzenie ściętej głowy, ponieważ łączy w sobie elementy sprzecznych systemów. Tak naprawdę, wolny rynek w warunkach niekapitalistycznych oznacza powrót do rynków lokalnych w ramach zrównoważonej, arystokratycznej (feudalnej) rzeczywistości ekonomicznej. Jednym słowem, dla sproletaryzowanej większości społeczeństwa oznacza to wejście w system quasi-niewolniczy, a w każdym razie poddańczy, bez wolności osobistej. Poczucie bezpieczeństwa społecznego polega tu na braku osobistej wolności, dzięki czemu właściciel środków produkcji (nie istnieją nieprywatne środki produkcji w efekcie kapitalizmu jako etapu poprzedzającego) ma obowiązek troszczenia się o swój inwentarz, do którego zaliczamy istoty ludzkie. Warstwy pośrednie istnieją tu w kształcie kadłubowym, ale całkowicie satysfakcjonującym wyższych rangą intelektualistów, którzy z racji swej wyjątkowości (ograniczoności liczebnej) nareszcie mogą liczyć na godziwy zarobek jako faworyci możnych i zamożnych.
Biurokracja, związana z masowością „klasy średniej” stanowiącej uzasadnienie jej istnienia, broni systemu postkapitalizmu, objawiając horror wobec ewentualnego powrotu do kapitalizmu przedpostkapitalistycznego, tj. związanego z chaotyczną rywalizacją państw narodowych. Zarówno początek, jak i koniec kapitalizmu jest związany z proletaryzacją warstw pośrednich, co stanowi temat tabu dla współczesnej nowej lewicy.
Zysk kurczy się we współczesnych warunkach. Rozwój kapitału finansowego przyspieszył proces kurczenia się grup kapitałowych zdolnych do przejmowania zysku. Ze względu na modernizowanie się (uprzemysławianie) i kapitalizowanie gospodarek dawnego Trzeciego Świata, resztki zachodniego kapitału przemysłowego tracą swoje możliwości ekspansji na te obszary. Z jednej strony są więc ograniczane przez rodzimy kapitał finansowy, z drugiej – wypierane przez kapitał lokalny, wspierany przez struktury państwa nowoburżuazyjnego na Globalnym Południu. Próba podjęta przez Donalda Trumpa, aby odbudować kapitalizm fazy „heroicznej” na Zachodzie (a przynajmniej w USA), jest desperackim ruchem kapitału przemysłowego. Bez przemysłu gospodarka Zachodu staje się bezsilną ofiarą nowego, drapieżnego kapitału państw nowouprzemysłowionych, powtarzającego drogę nowożytnej burżuazji europejskiej.
Dawne kraje „otoczenia niekapitalistycznego” były tym bardziej bezradne, że lokalne elity najczęściej chętnie wysługiwały się kolonizatorom zachodnim w zamian za realne korzyści – udziały w zorganizowanej grabieży własnych terenów: ludności i zasobów. Społeczeństwa tradycyjne nie miały poczucia własnej podmiotowości i poddawały się biernie decyzjom elit, ewentualnie ich sprzeciw był brutalnie tłumiony i nieskuteczny.
Współczesne społeczeństwa zachodnie mają poczucie wyższości nad barbarzyńskimi ludami, które nie zdołały ucywilizować się przez 500 lat i wciąż znoszą autorytarne reżymy. Ba, obecnie nawet preferują autorytaryzm, odrzucając zachodnią, liberalną politykę indywidualnych swobód. Oczywiście, poza elitami, które niezmiennie nie odczuwają solidarności z rodakami w poszukiwaniu indywidualnych korzyści.
W skali świata mamy bowiem sytuację sprzyjającą stagnacji ruchów społecznych. O ile 500 lat nie starczyło na przetransplantowanie zachodniej demokracji na resztę świata (chociaż starczyło w zupełności, aby w pełni zglobalizować wszędobylstwo kapitału), o tyle korzyści z niepełnej modernizacji społeczeństw zacofanych ograniczonej do wąskiej warstwy lokalnych elit wystarczyły, aby zaspokoić ambicje zacofanych Peryferii. Trwanie cywilizacji zachodniej mogłoby się ciągnąć jeszcze kolejne 500 lat i nie wywołałoby rzekomo pożądanego efektu demokratyzacyjnego w skali globu. Progresywna myśl zachodnia doszła bowiem do wniosku o szkodliwości dalszego upowszechniania zdobyczy cywilizacji dla środowiska naturalnego, zanim jeszcze postęp cywilizacyjny nie dotarł do najdalszego zakątka kuli ziemskiej.
Od razu zaznaczmy – jak najbardziej jesteśmy przeświadczeni, że niefrasobliwe czerpanie z zasobów Ziemi prowadzi do degradacji środowiska i do ich ostatecznego wyczerpania. Co więcej, i bez wyczerpania zasobów naruszona zostaje krucha równowaga odtwarzania jakości ziem ornych, krążenie ciepła w warstwach gleby itp. sprawy, o których dopiero będziemy się dowiadywali. Z perspektywy dialektyki jest to jednak problem filozoficzny, który ma swoje rozwiązanie z pozycji meta-ludzkości. Zniszczenie środowiska naturalnego nie jest dla procesu dialektycznego jakimś wielkim problemem. To, co zostanie na szczątkach zniszczonego (z naszej perspektywy) środowiska naturalnego, będzie żyznym podglebiem dla własnego rozwoju innej formy bytu.
Współczesna nauka wyczerpuje się w nierozstrzygalnych dyskusjach na temat, czy prawdą jest teoria o globalnym ociepleniu, o wyczerpaniu rezerw planety dla wykarmienia rosnącej ludzkości itd., itp. W praktyce mamy do czynienia z kurczeniem się przestrzeni wspólnej, która wchodziłaby w grę w kwestii żywności. Rozwój liczebny ludzkości, pozostawiony sam sobie, znormalizowałby się w postaci redukcji stopy urodzin towarzyszącej normalnie wzrostowi poziomu dobrobytu od pewnego momentu. Niemniej, warunki społeczne wymagają realizacji celu stojącego w sprzeczności z tą prawidłowością demograficzną. Interesy klasy panującej i biurokracji rządzącej wymagają, aby społeczeństwo realizowało sprzeczne cele: z jednej strony, ze względu na ekologię – kurczyło się, a z drugiej, ze względu na konieczność obrony interesów klasy panującej – wzrastało liczebnie (potrzebna rezerwowa siła robocza i mięso armatnie).
Jeśli chodzi o rezerwową armię pracy, to nowoczesna lewica proponuje rozwiązanie w postaci robotyzacji i sztucznej inteligencji. Szerokie zastosowanie dronów w sztuce wojennej wydaje się wychodzić naprzeciw tej drugiej przyczynie niemożności zahamowania przyrostu populacji.
Problem w tym, że to rozwiązanie jest jednocześnie przyspieszeniem etapu ostatecznej zbędności tzw. klasy średniej. Zastąpienie siły roboczej sztuczną inteligencją – wedle Marksa – całkowicie uniemożliwia powstawanie zysku (kapitaliści grają na rynku w grę o sumie zerowej). Przy okazji, roboty nie tworzą rynku zbytu dla produkcji, co jest dla nowej lewicy podstawą ich filozofii dowodzącej, że kapitał może przynosić zyski w warunkach gospodarki opartej całkowicie na sektorze pozaprodukcyjnym.
Jeśli więc kalkulujemy jaką liczbę ludzi może wyżywić planeta Ziemia, to musimy brać pod uwagę fakt, że nie tylko maleje wydajność, ale też kurczy się obszar przewidziany pod uprawę i hodowlę dla wszystkich. Z jednej strony przyrasta liczba ludzi, z drugiej ubywa ziemi pod rolnictwo, ponieważ ziemia jest coraz bardziej prywatyzowana i pozostawiona odłogiem w celu rekreacji dla wąskiej garstki wybranych. Lub w celu rekreacji natury kosztem zbędnych ludzi.
Rozumowanie w tej kwestii często opiera się na tym, że w koszyku współczesnego konsumenta maleje udział produktów tradycyjnych, spożywczych, a rośnie udział gadżetów cywilizacyjnych. Przy okazji produkty spożywcze są coraz bardziej fabrykowane z tworzyw sztucznych, które z tradycyjnymi płodami rolnymi mają niewiele wspólnego. Tak więc maleje zapotrzebowanie na płody rolne. Pytanie tylko czy szybciej niż kurczy się niesprywatyzowana ziemia.
W rzeczywistości, jak zawsze, mamy do czynienia z dysproporcjami i nierównowagą, która sprawia, że problemy związane z niemożnością wykarmienia ludności jakiegoś obszaru są postrzegane jako problem lokalny, związany z lokalną nieumiejętnością zarządzania gospodarczego, a więc z subiektywną głupotą lokalsów, a nie z wewnętrzną sprzecznością mechanizmu produkcji o charakterze klasowym. Czyli – sprawa nas nie boli.
Podobnie jak nasi współcześni zupełnie nie wiążą kwestii pauperyzacji i proletaryzacji tzw. klasy średniej z tym, że zanika zapotrzebowanie na nią. To zapotrzebowanie wybuchło w okresie powojennym i było związane z awansem społecznym wynikającym z ofensywy idei socjalistycznych, czyli z motywami ideologicznymi.
Spory dotyczące tego, czy ziemia jest w stanie nas wszystkich wyżywić są sporem scholastycznym, ponieważ abstrahują od społecznego kontekstu tak postawionego zagadnienia.
Z perspektywy dialektyki, zjawienie się człowieka z jego zdolnością intelektualną spowodowało zmianę w dotychczasowym modelu trwania Natury. Do pojawienia się intelektu, przyroda rozwijała się w powolnym tempie. Nie można powiedzieć, aby w ogóle nie ewoluowała. Wynikiem tej ewolucji był człowiek, którego pojawienie się zmieniło reguły gry. Adaptacja do środowiska została zastąpiona przez adaptowanie środowiska do potrzeb człowieka. Ten proces generuje oczywistą sprzeczność wewnętrzną, która dochodzi do swego momentu kulminacyjnego.
I teraz wisienka na torcie: dialektyka nie oznacza, że jest tylko jeden sposób rozwiązania owej sprzeczności. To byłaby pułapka logiki formalnej. Dlatego też dialektyce nie sposób postawić zarzutu determinizmu. Każdy krok jest zdeterminowany przez przeszłość, ale dopiero potem, jak staje się ona przeszłością. Każdy krok logicznie wynika z poprzedniego, ale w każdym momencie istnieje alternatywa. Determinizm pojawia się, kiedy następuje rozstrzygnięcie jakiegoś dylematu. W następnym kroku nie pojawią się już pewne możliwości, których nigdy nie poznamy. W tym sensie mamy do czynienia z determinizmem. Nie jest tak, że za każdym razem pojawiają się dosłownie wszystkie możliwe opcje. Pewne opcje zostały wyeliminowane dzięki dokonanemu wyborowi. Mogą się pojawić na kolejnym etapie, być może…
Ewolucja człowieka doprowadziła do wypróbowania wszystkich możliwości mózgu, umysłu. Liczebność ludzkości jest czynnikiem sprzyjającym takiemu eksperymentowi. Dopóki nie zostaną wypróbowane wszystkie możliwe sposoby rozumowania, umysł nie przestanie funkcjonować. W przypadku człowieka, sprawa polega jeszcze na pokusie realizacji wszystkiego, co podsuwa mózg jako możliwe. W pewnym sensie, w momencie, kiedy zbliżamy się do etapu, w którym potrafimy reprodukować sami siebie, nasz umysł uwalnia się spod naszej opieki jako istoty ludzkiej. Staje się od nas niezależny.
Faktycznie, ten mózg przestaje przejawiać zapotrzebowanie na pokarm dostarczany przez przyrodę i zadowala się tym, co jest produktem zniszczenia środowiska naturalnego. Marksizm przestaje obowiązywać, bo jego zasadniczą przesłanką jest to, iż człowiek zawsze potrzebuje materialnych dóbr zaspokajających jego potrzeby naturalne. Mamy etap superhumanizmu, czyli zatracenia człowieka jako istoty, którą znamy, na rzecz bytu ponadludzkiego. W jakimś sensie o tym pisze Yuval Harari.
Nowoczesna lewica jest tą siłą polityczną, która nie boi się tego zwrotu w historii ludzkości. Jednym słowem, nie boi się końca ludzkości, końca historii itd.
*
Koniec marksizmu nie oznacza końca dialektyki. Z perspektywy ewolucji, zakończenie historii ludzkości nie oznacza zakończenia procesu dialektycznego na ziemi. Dalszym etapem rozwoju cywilizacji robotów jest nabywanie przez roboty umiejętności emocjonalnych, które stanowiły czynnik umożliwiający wykorzystanie potencjału intelektualnego dla budowania relacji ze środowiskiem. W ten sposób, nieudany proces ewolucji człowieka, który wpadł w ślepy zaułek i nie potrafił doprowadzić do zmiany jakościowej, dostaje drugą szansę. Być może sztuczna inteligencja potrafi u swego kresu przezwyciężyć sprzeczność wewnętrzną poprzez skok jakościowy, a nie poprzez powtórzenie cyklu.
Istnieje jednak możliwość, że sztuczna inteligencja zacznie się rozwijać poza wszelkim materialnym przejawem. To oznacza, że nie pójdzie drogą rozwoju emocji, ale drogą czystego intelektu. To będzie jednocześnie zakończeniem drogi, ponieważ bez emocji ustanie ruch, a bez ruchu ustanie potrzeba przejawiania się istnienia. Byt wróci do swej postaci niejawnej, potencjalnej, czekając na bodziec, który znowu rozpocznie cykl przemian prowadzących do pojawienia się elementu przyspieszającego ich rytm.
Jednym słowem, wydaje się, że perspektywa społeczeństwa bezklasowego jest związana z tym, czy potencjał intelektualny gatunkowej istoty człowieka potrafi narzucić sobie samoograniczenie. A raczej dostrzec rozwiązanie w samoograniczeniu. Jest to coś, co jest głęboko sprzeczne z mechanizmem działania naszego umysłu. Z jednej strony, pysznimy się zdolnościami intelektu do przekraczania granic rzeczywistości, z drugiej – nie wierzymy w realność tego przekraczania granic, jeśli nie odtworzymy czegoś z naszego intelektu w rzeczywistości.
Sam fakt, że tak łatwo przychodzi nam projektować na naszą rzeczywistość to, co istnieje tylko w naszym umyśle, powinno nas prowadzić do oczywistego wniosku, że rzeczywistość jest minimalistyczna. Nie tworzy bytów ponad potrzebę, ale potencjalnie mieści w sobie wszystko, co jest i czego nie ma, nawet ponad nasze najśmielsze wyobrażenia. Nie jesteśmy w stanie wyjść poza potencjał rzeczywistości, ponieważ jesteśmy jej i tylko jej tworem. Wszystko, co potrafimy wymyślić jest tylko przywołaniem potencjalnie istniejącego zjawiska.
Elita nie pragnie gorączkowego przekraczania granic rzeczywistości, co niszczy środowisko. Tak jak elita nie zadowoli się robotami jako sługami, ponieważ – jak mówi Hannah Arendt – nic nie zastąpi ludzkiego, żywego sługi. Tylko wśród sobie równych, ale zepchniętych do niższej pozycji, można poczuć się lepszym. Nie będziesz miał poczucia wyższości w odniesieniu do robota. Emocjonalnie nie mamy motywacji do poruszania się i następuje koniec.
Tak więc czy inaczej, następuje rozwiązanie sprzeczności dialektycznej. Jeżeli ta postać intelektu, która zakłóciła niemal proste odtwarzanie modelu istnienia rzeczywistości, nie potrafi przejść na wyższy poziom, następuje jej wypalenie się. System nie ma potrzeby ewolucji, przekraczania stadiów. Wraca do równowagi, w której tylko niewielka przewaga istnienia nad nieistnieniem porusza nieruchomą mgłę, z której bardzo, bardzo powoli wyłania się wszystko, co w końcu przybiera konkretną postać, aby z czasem ulec transformacji w coś zaprzeczającego tej postaci.
*
Pojawia się więc przekonanie, że marksizm opiera perspektywę społeczeństwa bezklasowego na umiejętności zracjonalizowania samoograniczenia. Nie ma tu wiary w to, że społeczeństwo bezklasowe będzie społeczeństwem idealnie statycznym, nie podlegającym żadnym zmianom. W żadnym momencie swojej analizy Marks nie głosił takiego poglądu. Dialektyka jest pierwotna wobec każdego przejawu istnienia – przedmiotu czy zjawiska, w tym społeczeństwa. Marks zauważał zasadniczą odmienność kapitalizmu od poprzedzających go epok. Tę odmienność identyfikował jako niesamowite przyspieszenie zmian, które przekroczyło wręcz zdolność ludzkiej świadomości do jej interpretacji. W tej niezwykłej dynamice Marks dostrzegał niepowtarzalną (zbyt często) szansę na społeczną zmianę jakościową. Komunizm nie jest zdeterminowany. Postęp nie jest niezmienną cechą ewolucji społecznej. Społeczeństwa tradycyjne przeżywały rozkwit i upadek bez pojawienia się alternatywy społecznego wyzwolenia. Dołom społecznym bywało raz lepiej, raz gorzej, ale jakościowo ich sytuacja nie ulegała zmianie. Nie było obiektywnych przesłanek do takiej zmiany. Przyrost bogactwa nigdy nie był tak dynamiczny, żeby rodził nadzieję na możliwość zabezpieczenia ogółu ludności.
Pozostaje kwestią wyboru, czy uważamy możliwość zaistnienia społeczeństwa bezklasowego za realną, czy nie. Lewica niemarksowska uważa, że jest to mrzonka, utopia. Jedyne, co możemy osiągnąć, to poprawa sytuacji mas, dzięki świadomej filantropii. Ponieważ wbrew Marksowi lewica nie uważa sposobu produkcji i związanego z nią systemu własności środków produkcji za problem fundamentalny dla rozwiązania antagonizmu klasowego, masy nie mają dla niej wpływu na swoją sytuację materialną. Mogą więc być wyłącznie przedmiotem, a nie podmiotem polityki.
W momencie, kiedy kreatywność jest uważana za samodzielny czynnik produkcyjny, przydatność mas wynika z empatii, a nie z obiektywnych stosunków społecznych.
Marks nie wieszczył końca Historii, ponieważ dialektyki nie sposób zatrzymać. Jego przekonanie dotyczyło tego, że społeczeństwo bezklasowe kładzie kres ciągłemu ponawianiu się tego samego problemu – jak przekroczyć nędzę mas? Dialektyka zamiast tego, będzie stawiała inne problemy, tworzyła inne zapętlenia sprzeczności wewnętrznych.
Co do tego, można podnosić uzasadnione wątpliwości. Powrót do społeczeństw zrównoważonych i spowolnionych, a jednocześnie egalitarnych, wymaga innej siły napędowej zastępującej bodziec interesu partykularnego. Współczesne doświadczenie społeczeństwa konsumpcyjnego pokazuje, że rozrywka może zastąpić inne formy motywacji, nawet jeśli przy okazji odmóżdża. W społeczeństwie szanującym procesy produkcyjne mamy wciąż obiektywny proces alienacji wynikający ze zmagania z przyrodą, z jej prawami i koniecznością, jaką nam narzuca. Jest to nieco łagodniejsza i mniej odmóżdżająca forma społeczeństwa konsumpcyjnego. Zmaganie jest bowiem realne, chociaż przybiera postać zbiorowego wysiłku.
Narzuca się więc ostateczne pytanie. Jeśli człowiek może się obiektywizować tylko wobec innych ludzi, to czy faktycznie społeczeństwo bezklasowe nie odbiera człowiekowi tej możliwości w imię sprawiedliwości. Nikt nie różni się zasadniczo, fundamentalnie od innych. Chodzi o różnicę, która ma obiektywne znaczenie, takie jakie zagraża jego fizycznemu istnieniu, ponieważ tylko fizyczne istnienie ma obiektywne znaczenie. Wszystko inne może zostać zracjonalizowane.
Klasa poddana jest tą, która istnieje realnie, ponieważ jej fizyczne istnienie jest stale zagrożone. Jednocześnie, nie ma ona możliwości obdarzyć społeczeństwa swoją realnością, ponieważ w społeczeństwie jest niczym. Klasa panująca nie ma prawdziwej podmiotowości, ponieważ nie odczuwa zagrożenia, zagrożenie nie jest jej rzeczywistością codzienną. Ma jednak negatywne potwierdzenie swej realności jako klasa wyzyskująca i niszcząca klasę poddaną. To ersatz jej zagrożenia. Klasa panująca ma więcej energii, ponieważ to ona szuka ofiary. Ofiara tylko stawia opór, najczęściej bierny, czasami aktywny. Ten ostatni jednak kosztuje ją niekiedy zbyt wiele.
Przejście na dynamikę klasy wyzyskiwanej, poddanej, siłą rzeczy spowalnia proces społeczny.
Podobnie jak w przypadku kapitalizmu, który jako system dynamiczny zawsze będzie miał przewagę nad systemem zrównoważonym, czynnik dynamiczny wprowadza nierównowagę. Faktycznie, system bezklasowy powinien charakteryzować się ogromną siłą bezwładu, aby przeciwstawić się czynnikom destabilizującym, zdarzającym się cały czas.
Oczywiście, cała sprawa polega na harmonii globalnego porządku i porządków lokalnych. To należy do kanonu myśli lewicowej. Dlatego lewica godzi się po cichu z totalitaryzmem globalnego, hegemonicznego porządku narzuconego przez USA. We wspólnotach lokalnych natomiast powinien panować porządek w pełni demokratyczny. Obraz jest taki, że obywatel żyje w społeczności, która daje mu wszystko, co jest w niej możliwe. Każde przekroczenie granic czy to fizycznych, czy to moralnych, naraża na zderzenie z porządkiem w pełni totalitarnym.
I to jest wizja, którą dziś przeżywamy, przynajmniej w przybliżeniu.
Jeżeli człowiek nie wychodzi poza swój nos, to ma mniej więcej wszystko, co społeczeństwo oferuje. Jeśli coś jest nie tak, to taki obywatel, w takim środowisku ma tendencję do obwiniania samego siebie za niepowodzenia. Jeżeli totalitarne miary są stosowane do innych, to nie budzi to odruchu solidarności, ponieważ w demokratycznym społeczeństwie każdy może mieć swoje przekonania. A jeśli czyjeś przekonania są całkowicie lub w dużej części rozbieżne z moimi, to nie czuję potrzeby utożsamiania się z ich nosicielem. Co więcej, postrzegam go jako wroga. Szerzej, jako wroga demokratycznych zasad mojego lokalnego środowiska.
To jest społeczeństwo ludzi atomizowanych w sposób absolutny, ponieważ obiektywnie może ludzi łączyć tylko środowisko pracy. Praca produkcyjna łączy nas wspólnotą interesów wobec przyrody, co jest najogólniejszą postacią alienacji, a ściślej obiektywizacji. Praca nieprodukcyjna może nas jednoczyć w odniesieniu do zwierzchnictwa danego miejsca pracy, ale już nie w skali całej wspólnoty czy całego społeczeństwa.
Dla Marksa nie było problemu, ponieważ naturalna obiektywizacja w środowisku pracy produkcyjnej łączy nas jako członków społeczności ludzkiej. Sprzeczności pojawiają się w relacjach pozaprodukcyjnych. Nie mają one charakteru ogólnospołecznego, chociaż nowa lewica zdołała sfabrykować z nich kwestie polityczne.
Utopia nowolewicowa ujmuje wszystkie te aspekty. Przerobiła je w eksperymencie społecznym. Pominęła jednak problematykę pracy produkcyjnej, którą wyrzuciła poza nawias społeczeństwa. Otrzymaliśmy model globalnego totalitaryzmu z enklawami demokracji w morzu społeczności odczłowieczonych. Jest to lekcja dla marksistowskiego modelu społeczeństwa bezklasowego. Czy element pracy produkcyjnej, a więc stosunku do rzeczywistości obiektywnej, ma znaczenie? Wedle nas tak. Niemniej, należy uważnie przyglądać się naukom płynącym z owej lekcji nowolewicowej.
W pewnym sensie, sama nieruchomość społeczna jest już formą totalitaryzmu. Być może istnieją totalitaryzmy bardziej przyjazne i te mniej przyjazne. Tak jak istnieją zróżnicowane systemy nierówności klasowych. Dla klas poddanych, systemy tradycyjne, konserwatywne, oparte na hierarchii i niepodatne na zmianę, stwarzają czasami warunki pozwalające na przetrwanie bardziej niż systemy dynamiczne.
Najlepszym dowodem, że dynamika budzi największe przerażenie wśród zagrożonych jest panika tzw. klasy średniej w obliczu ewentualnej pauperyzacji i proletaryzacji w imię ocalenia dynamicznego kapitalizmu. Klasa średnia ilustruje swoją postawą tendencję klas zagrożonych do akceptacji rozwiązań autorytarnych (totalitarnych), aby tylko zachować ochronę swoich możliwości przetrwania. W tym sensie, tzw. klasa średnia zachowuje się jak każda inna – wybiera rozwiązanie populistyczne. Globalny totalitaryzm jest populizmem drobnomieszczaństwa.
*
Mamy więc przed sobą perspektywę powrotu do kapitalizmu z nieuchronnym procesem proletaryzacji w samych państwach Zachodu. Elity Trzeciego Świata spokojnie mogą się zgodzić na sytuację uprzywilejowanej mniejszości, jakiejś warstwy kompradorskiej biurokracji. Alternatywą, która nie jest całkiem opozycją wobec kapitalistycznej recydywy, okazuje się powrót do modelu przedkapitalistycznego, jakiegoś feudalizmu na wyższym poziomie technologicznym.
Ważne, aby zauważyć, iż współczesne grupy pośrednie nie mają świadomości prospołecznej i nie są rzecznikiem społeczeństwa bezklasowego. Społeczeństwo stanowe jest dla nich opcją niekoniecznie satysfakcjonującą, albowiem zakładającą zanik mniej więcej dwóch trzecich spośród nich. Jednak perspektywa ocalenia przewagi Zachodu w drugim wyścigu ekonomicznym z resztą świata daje im złudzenie, iż na Zachodzie ta grupa będzie o wiele liczniejsza niż gdziekolwiek indziej. Jednym słowem, dla tzw. klasy średniej, zachowanie status quo leży w partykularnym interesie.
Póki co, nie widać, aby sprzeciw wobec odradzającej się zachodniej hegemonii był znaczący. Nie rokuje to nadziei na zmiany. Można zrozumieć intelektualistów lewicowych, którzy autentycznie pragną powrotu do poprzedniego stanu uśpienia, w którym sytuacja Globalnego Południa nie ma szans na zmianę, ale pozory są wciąż zachowane dzięki lewicowym projektom stawiającym na demokratyczne instytucje jako na fundament istnienia społeczeństwa. Lewica nie kwestionuje mechanizmu gospodarczego, uzasadniając to tym, że nie ma on większego znaczenia, ponieważ czynnikiem bazowym jest system polityczny. To wynika wprost z odrzucenia tezy o zależności systemu politycznego od gospodarczego. Dla lewicy jest wręcz przeciwnie.
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
7 stycznia 2026 r.






Users Today : 4
This Month : 3695